czwartek, 1 maja 2014

52. Love and death, don't you mess with my heart...



Stało się parę rzeczy, ze potrzebowałam duzo uczuc i tak wyszło to, co widzicie na dole. Tęsknię, Sis. Rozdział dedykowany Alexowi, który bardzo mi pomógł. Betowała Czaki - dziękuję! Zapraszam do czytania i komentowania.


~ Sinni




52. Love and death, don't you mess with my heart...

Tom

Podbiegłem do mojego brata leżącego obok samochodu. Był powyginany w dziwny sposób. Tak bardzo chciałem go dotknąć, ale jednocześnie tak bardzo bałem się, że zrobię mu krzywdę. Nie słyszałem nic dookoła. Klęczałem tylko przy Billu i błagałem, by żył. Chciałem oddać za niego własne życie.
Wziąłem jego delikatną dłoń i pogłaskałem. Była jeszcze taka ciepła... Pochyliłem się, sprawdziłem oddech i próbowałem wyczuć tętno. Poczułem słaby oddech na policzku. Tętna wyczuć nie zdołałem – ręka zbytnio mi się trzęsła.
Po chwili ktoś mnie odciągnął od mojego Billa. Nic nie słyszałem, jakbym dostał czymś w głowę, jakbym ogłuchł. Po chwili zorientowałem się, że odciągnął mnie Georg, a moje miejsce przy Billu zastąpił chłopak... Pamiętałem go z klubu... Tańczył z Billem... Taki rudy... Jednak gdy się przedstawiał nie usłyszałem imienia, nie miałem pojęcia, kim jest.
Karetka i policja przyjechały bardzo szybko, jeszcze zanim wróciły mi wszystkie zmysły. Nie byłem w stanie nic mówić, poza tym mieli kilkunastu innych świadków do przepytania, więc nie naciskali bym został, pozwolili mi jechać z bratem. Wsiadłem do karetki razem z tym rudzielcem. Nie powinienem, bo było miejsce tylko dla jednej osoby, ale rudy chyba tak coś zachachmęcił, że weszliśmy obaj. Nie wiem, kim on był, ale chyba jakaś szycha... Mówili do niego 'panie ordynatorze', więc Billy miał fachową opiekę...
- Ciśnienie 70 i spada. - Odzyskałem nagle słuch, a wzrok przestał być rozmazany i widziałem ostro.
- Miejcie przygotowane elektrowstrząsy – odpowiedział ten rudzielec i delikatnie dotykał ciała mojego brata, by zbadać obrażenia.
Przełknąłem ciężko ślinę i nie umiałem powstrzymać myśli niosących do mojej głowy przypływ zazdrości, nawet w tak ekstremalnym momencie, jakim było zagrożenie życia mojego małego braciszka.
- …krwi? - Zapytał mnie ktoś o coś.
Zamrugałem zdezorientowany.
- Skup się. - Potrząsnął mną rudy. - Macie tę samą grupę krwi?
- Tak, jesteśmy bliźniakami, mamy tę samą – potwierdziłem od razu.
- Bliźniacy? Więc macie stuprocentową zgodność tkankową. Jeśli będzie trzeba zrobić przeszczep albo oddać krew, zgodzisz się?
- Oczywiście, kocham go, zrobię co tylko będzie trzeba, żeby go uratować... - Całowałem dłoń braciszka.
- Zaintubujcie go... Dusi się... - powiedział spokojnie. - Jak ciśnienie spadnie do 30 i wpadnie w migotanie komór, użyjcie elektrod – polecił i zaczął rozcinać jego ubrania.
Przeciął koszulkę, a potem porozcinał spodnie. To samo zrobił z bokserkami i ściągnął mu buty. Patrzyłem na mojego nagiego braciszka, z którym kochałem się kilka minut wcześniej. Ciało miał całe w mały krwiakach i siniakach, porozcinane w wielu miejscach.
Lekarz zaczął badać jego brzuch i uciskał w różnych miejscach.
- Jasna cholera! Dzwoń na blok, mamy krwotok wewnętrzny w okolicy dwunastnicy i drugi przy drugim fałdzie jelita cienkiego! - Krzyknął do kierowcy, a ja zadrżałem z bólu jaki sam odczułem na myśl o tym, co dzieje się z moim braciszkiem. Czułem jego ból i byłem wręcz szczęśliwy, że Bill jest nieprzytomny i nie czuje bólu. - Jaką macie grupę krwi? - zapytał mnie.
- AB minus - wyszeptałem.
- Niech przygotują trzy jednostki AB minus i umówią rezonans po operacji, a dla brata niech przygotują łóżko w sali z naszym poszkodowanym. Możemy w każdym momencie potrzebować jego organów. Niech przygotują zestaw papierów ze zgodami na przeszczepy i transfuzje. – Wydawał polecenie za poleceniem.
Maszyna nagle zaczęła piszczeć, a ja z przerażeniem patrzyłem, jak jego ciało reaguje na uderzenia prądem. Raz, drugi, trzeci... Zaskoczył.
Otarłem pot z czoła i odetchnąłem z ulgą.
Dojechaliśmy pod szpital w centrum Paryża.
Kurwa mać... To Bill znał francuski, nie ja! Co oni do mnie gadają?!
Wyciągnęli mnie z karetki i wywieźli na łóżku Billa. Kontrolowali jego oddech i pilnowali pracy serca. Miałem nadzieje, że jest w dobrych rękach... Ja nie mogłem na razie nic zrobić.
Jakaś siostra znająca angielski zabrała mnie na salę i dała piżamę oraz przydzieliła łóżko w sali, gdzie mieli potem położyć Billa. Modliłem się, by 'potem' nastąpiło już teraz...
Przebrałem się posłusznie i chodziłem nerwowo po sali. Wyciągnąłem telefon i zobaczyłem, że mam wiadomość od Geo. Pytał w jakim jesteśmy szpitalu, odpisałem szybko po zapytaniu się siostry. Napisał, że będą niedługo. Był środek nocy, nie chciałem budzić rodziców. Ale... Zadzwoniłem do Davida. Powiedziałem o wszystkim i początkowa wściekłość spowodowana pobudką w środku nocy, a wręcz nad ranem, zamieniła się w strach i zamartwianie. Powiedział, że będzie niedługo, bo nasz hotel jest blisko szpitala. Obiecał, że zadzwoni do naszych rodziców i zajmie się wszystkim. Rozłączyłem się i znów byłem sam. Chciałem iść pod blok, ale potem stwierdziłem, że będę tam siedzieć, a jeśli stamtąd zadzwonią, że potrzebują czegoś ode mnie, a mnie tu nie będzie, bo będę się szwędać i nie będą wiedzieli, gdzie jestem i... Stwierdziłem, że lepiej zostać.
Usiadłem na łóżku, które miało być mojego bliźniaka i nagle naszły mnie takie paniczne myśli. Przecież mógł się nie obudzić ze śpiączki... Mógł zostać taki na zawsze... A jeśli będzie warzywem...? Mój egoizm zaczął się wdzierać do mojego umysłu. Co z nami...? Co ze mną...? Będę samotny? Mam znaleźć kogoś innego? Panika i obłęd brały górę. Nie potrafiłem sobie wyobrazić kolejnych godzin czekania.
Dotknąłem stojaka na kroplówki i po moim policzku spłynęła łza. Nie umiałem wyobrazić sobie tego co będzie za chwilę. Tego jak będzie wyglądać jak wróci z bloku. Jego pokiereszowanego ciała po wypadku, przed którym nie potrafiłem go ochronić... Mam nadzieję, że lekarze naprawią moje błędy... Że obejrzą dokładnie jego ciało i ulecza wszystkie rany, bym bez strachu, że coś mu zrobię, mógł wziąć go w ramionami i leczyć rany na jego duszy. Tymi chcę się zająć osobiście. Dać mu miłość.
W tym momencie wbiegła pielęgniarka, a ja zacząłem obawiać się najgorszego. Nawet chyba moje oczy nie potrafiły ukryć tego, że pomyślałem o tym, że może już nie żyć. I z przerażeniem stwierdziłem, że cząstka mnie zdążyła się z tym pogodzić właśnie w tamtej sekundzie. Pomyślałem, że nie będę cierpieć. Pomyślałem, że skoczę za nim. Umrzemy razem i będziemy razem w wiecznym świecie.
- Na bloku potrzebują pańskiej krwi – poinformowała mnie. - Upuścimy panu sporo pańskiej, aby zachować zgodność, a panu damy krew z banku. Pański brat jest słaby i lepiej, aby dostał krew od pana – wytłumaczyła.
- Tak, oczywiście, proszę wziąć najwięcej ile się da. - Wstałem od razu.
- Proszę za mną. - Wyszła z pokoju.
Poszedłem za nią szybkim krokiem.
W gabinecie zabiegowym posadzili mnie w fotelu i dali leki nasenne oraz uspokajające, bo widzieli, że nie mogę wysiedzieć na miejscu, a potrzebowali bym miał niskie tętno, aby zabieg przeszedł sprawnie i pomyślnie. Podpisałem wszystkie zgody jak leciało i odjechałem, szepcząc imię brata.


Bill

Stal. Dużo stali i innego ustrojstwa... Widziałem w nieświadomości. Powyginane rurki... Jakby rączki od parasolek. Wystające z każdej strony. Słońce jasno świeciło i raziło mnie po oczach, ale wszędzie było ciemno. Czarna kula zaczęła zakrywać słońce stopniowo i powoli. Przyglądałem się otoczeniu. Wielkiej gromadzie złomu. Stałem na ziemi obok niej. Była wielka, miała kilka metrów, ale była ułożona w pewien kształt, jednak z tego poziomu nie byłem w stanie tego odczytać. Wszedłem pomiędzy dwa oddzielne rzędy, błyszczących srebrem, odpadów. Był to pierwszy stos. Przyglądałem się dokładnie rzeczom ułożonym na wielkiej górze, aby dostrzec coś innego, niż sam metal. Widziałem jednak tylko druty i zwoje żelaza, czasem trochę miedzi. Wziąłem do dłoni połamaną płytę. Była platynowa i mocno błyszczała. Odłożyłem ją ze strachem, gdy zobaczyłem w niej swoje pokiereszowane odbicie. Odsunąłem się odruchowo, choć przecież sam od siebie nie mogłem uciec. Zobaczyłem stojące niedaleko, rozbite na milion kawałków, lustro. Słońce całkowicie zostało zasłonięte, ale było jaśniej, niż przed chwilą. Zbliżałem się do lustra, a ze stosu złomu jakby emitowało białe światło. Stanąłem przed lustrem i patrzyłem na swoje podrapane, posiniaczone ciało z dużą, podłużną blizną operacyjną pośrodku brzucha. Krwawiła i była okropna, jakbym wyrwał sobie szwy. Czerwona, gęsta i gorąca krew spływała po moim brzuchu oraz udach. Dotknąłem swoich spierzchniętych warg i oblizałem je delikatnie. Wyciągnąłem dłoń do lustra i dotknąłem go opuszkami palców, a ono rozpadło się na drobny mak, jak domek z kart za sprawą podmuchu wiatru. A odłamki lustra zamiast poranić moje stopy, tylko gdy ich dotknęły, zamieniały się w czerwono pomarańczowy pył brokatowy i wzlatywały do góry, jak zasłona dymna. Przysłoniłem lekko twarz, by drobinki nie wpadły mi do oczu. Opuściłem dłonie otwierając powieki i ujrzałem niewyraźną twarz Toma.
Wpatrywał się we mnie w sali pełnej bieli. Nie czułem dosłownie żadnego członka mojego ciała, a byłem jedynie wielkim kłębkiem bólu. Tom otarł łzę, uniósł moją dłoń do swych ust i ucałował jej wierzch. Miejsca, które dotknął od razu przestały boleć i palić. Był przy mnie, siedział tu. Ale czemu w szpitalnych ubraniach? Jemu też coś się stało...?
Zaskakująco dużo pamiętałem. Wiedziałem, ze miałem wypadek, byłem całkowicie świadomy, gdy tamto auto we mnie uderzyło. Słyszałem krzyk brata i czułem własne przerażenie.
- Spałeś trzy dni, skarbie... - Wyszeptał cicho, żeby oswoić mnie z dźwiękiem i swoim głosem.
Chciałem podnieść głowę i go ucałować, ale gdy tylko się ruszyłem, jęknąłem z bólu i czułem, że coś mnie blokuje. Nie mogłem też ruszyć obiema nogami. Przestraszyłem się okropnie i usłyszałem maszynę, która pika szybciej, bo wzrosło mi tętno. Tom jak zwykle czytał mi w myślach.
- Ciii... Spokojnie... Masz kołnierz i połamane nóżki, spokojnie... To nie jest paraliż, wyjdziesz z tego niedługo, nie ma żadnych trwałych uszkodzeń. - Sam się pochylił i musnął moje usta delikatnie.
Pogłaskał mnie po policzku i opuchniętej wardze.
- Jesteś piękny, mój ukochany... Nie bój się spojrzeć do lustra... Jesteś najpiękniejszy na świecie... Dla mnie zawsze.
Zamrugałem, nie wiedząc, o co mu chodzi. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Było drugie łóżko, a na nim rzeczy Toma. Spakowane torby i ubrania koncertowe. Przełknąłem nerwowo ślinę. O co tu chodziło...?
Obejrzał się za siebie, by przekonać się, co mnie tak zainteresowało.
- Wypuszczają mnie ze szpitala, kochanie. Oddałem ci prawi całą krew, kiciu. Dali mi nową i już jestem gotowy, by wyjść. Musimy wyjechać z chłopakami i zrobić turnee z wyjaśnieniami, dlaczego nie będzie koncertów. Rodzice będą z tobą.
Spojrzałem na niego przerażony, dlaczego chce mnie zostawić. Oblizałem usta i próbowałem pozbyć się muru, który budował się powoli między nami.
- P-Przepraszam... - szepnąłem niewyraźnie.
Tom się uśmiechnął delikatnie i pocałował mnie czule.
- Nie przepraszaj, tylko zdrowiej. - Odwrócił na chwilę wzrok. - Powiem ci prawdę... Mam gdzieś przepraszanie fanów. Chcę zostać z tobą, ale nie mogę. - Zmrużyłem pytająco oczy. - Twój lekarz dokładnie oglądał twoje ciało. Znalazł moją spermę. Rodzice się dowiedzieli i uznali, że to gwałt albo nieporozumienie i chcą się dowiedzieć, kto to był i zgłosić sprawę na policję. Jeśli zostanę, bardzo możliwe, że coś spieprzę. Lekarz wie, że to moja. Rozmawialiśmy o tym wczoraj w jego gabinecie. Obiecał milczenie, jeśli zniknę, gdy tylko się obudzisz, bo nie doniesie na nas, o ile nie będę z tobą spędzać czasu w szpitalu, bo tutaj tego nie akceptuje. Gdy wyjdziesz ze szpitala po rehabilitacji, znów będziemy razem. Mamy skype'a. - Wstał i zaczął się ubierać w swoje ciuchy. Patrzyłem na niego i nadal nie mogłem pojąć, co się właśnie stało. Milczałem i wodziłem za nim wzrokiem. Zapiął pasek, włożył adidasy i podszedł do mnie. - Kocham cię, Bill. Nigdy nie przestanę, to dla naszego dobra, przyrzekam, że wrócę. Na razie lepiej, jeśli się rozstaniemy.
- C-Co to znaczy...? - wychrypiałem.
- Że do czasu aż wyjdziesz ze szpitala, będę twoim bratem. Nie powinniśmy denerwować twojego lekarza. Uratował ci życie.
- T-Tom... - Wyciągnąłem do niego dłoń.
Podszedł, ujął ją i pogłaskał.
- Tom, zwalniam cię... Z miłości do mnie... Jesteś mężczyzną... Tylko dzwoń codziennie i możesz robić, co chcesz...
Zamarł na chwilę i przytulił mnie lekko, żeby nie wyrządzić mi najmniejszej krzywdy i nie sprawić bólu.
- Będę dzwonić. Trzymaj się, mały braciszku... Kocham cię. Odbiorę cię ze szpitala za parę tygodni. - Pocałował mnie namiętnie ostatni raz i wyszedł z sali.
Spojrzałem na puste łóżko, na swoją dłoń i dotknąłem opuchniętych ust, które jeszcze czuły usta Toma na swoich.
- Ja ciebie też kocham... - wyszeptałem w powietrze i łzy spłynęły po moich policzkach.

Miłość i śmierć. Czuję, jak ktoś oddalony, wielki i wszechmogący bawi się moim życiem, łącząc jedno i drugie tak, by zrównać mnie z ziemią. Odebrać marzenia i wystawić na próbę. Czy jestem wystarczająco silny, by oprzeć się miłości darowanej, gdy mą własną mi zabrano?


niedziela, 30 marca 2014

51. Lights on, lights off

Hallo! Skarby moje kochane! Dziękuję, że byliście ze mną już okrągły roczek i wspieraliście mnie komentarzami. Dziękuję, że czytacie, że komentujecie i motywujecie mnie do pisania. To, że zaznaczacie swoją obecność komentarzami jest dla mnie bardzo ważne. Wystarczy jedno słowo, naprawdę, nie trzeba pisać długaśnych komentarzy jak Rii i Nikola, choć muszę przyznać, ze na widok tych tasiemców zawsze szeroko się uśmiecham, dziękuję dziewczyny. Chcę tu też podziękować osobom, które były ze mną od samego początku, czyli Sis i Alexowi oraz moim wspaniałym betom – Kasi i Czaki. Przepraszam za rzadko dodawane odcinki, jednak szkoła mnie do tego zmusza, wybaczcie. Wiem, ze długo nie pisałem, ale na rocznicę musiałam naskrobac coś, co diametralnie namiesza w opku. No, dość zapowiedzi, po prostu zapraszam do czytania. Rozdział wyjątkowo niebetowany, bo napisałam go późno, a chciałam, by był na czas, więc przepraszam za moje gapiowskie błędy. Rozdział dedykuje Sis – kocham cię bezwarunkowo.

~ Sinni

51. Lights on, lights off

Kilka tygodni później dotarliśmy do Paryża. Francja przywitała nas chrupiącymi bagietkami i kuszącymi dziewczętami w krótkich spódniczkach i obcisłych koszulkach, które przyciągały wzrok Toma, Geo i Gusa. Ja, natomiast, z wyższością udawałem, że wcale nie jestem zazdrosny o mojego brata, który wpatruje się w plakaty i bannery, całe w brokatowych sercach z wielkim napisem „TOM” na samym środku, nie rzadko połączonymi z wyznaniami miłości w kilkunastu językach. Sam, oczywiście, nie mogłem narzekać na brak zainteresowania moja osobą. Obok bannerów czczących mojego brata były również takie honorujące mnie, na te, oczywiście się uśmiechałem. Tom wtedy robił kwaśna minę... Czyżby nasze przemyślenia były zbieżne?
Po koncercie w sobotni wieczór, podczas którego latałem po scenie jak szalony mijając się z bratem co chwilę wybraliśmy się do klubu, jak robiliśmy już od pewnego czasu. Mimo, iż byliśmy wykończeni graniem, bieganiem, tańczeniem i skakaniem, sił zawsze starczało na drinka lub dwa... lub kilka więcej...
- Tom! Tom! Tom! - dopingowałem brata mocno już podpity, a mój bliźniak ścigał się z Geo kto szybciej wypije cały kufel piwa.
Gus, oczywiście, stał po stronie Georga i obaj przekrzykiwaliśmy się przez głośną muzykę, nie myśląc o tym jak bardzo mogę sobie zedrzeć gardło.
- Tak! Aaaaa! Tommy wygrał! - przytuliłem mocno brata i chciałem go mocno pocałować, co wyszłoby mi całkowicie, gdyby nie odwrócił twarzy tak, ze mój cmok padł na jego policzek. Oj, byłem już kompletnie pijany, skoro chciałem wydać nasz sekret przez nieuwagę. Zaśmiałem się jednak tylko i przybiłem jeszcze z bratem piątkę, po czym od razu położyłem się na stoliku i podciągnąłem koszulkę, bo teraz Geo musiał ponieść karę po zakładzie – jeden bodyshot ze mną w roli głównej.
Spojrzałem błyszczącymi oczami na Geo, a ten od razu uklęknął nade mną na stoliku. Rozsypałem trochę soli na swoim brzuszku i do pępka oraz wsunąłem cytrynkę w usta.
Georg pokręcił głową śmiejąc się głośno. Wypił tequile i zlizał pocałunkami sól z mojego brzuszka, a potem ostrożnie, wytrzymując napięcie między nami, w naszych oczach, wyjął cytrynkę spomiędzy moich ust zębami i wycisnął sok.
Gus i Tom boli mu brawo, a ja się naturalnie zarumieniłem i zachichotałem. Tom obciągnął mi koszulkę najwyraźniej nie chcąc już wystawiania mojego ciała na widok publiczny i ściągnął mnie na kanapę ze stolika. Wtuliłem się spokojnie w jego ramię i zamknąłem na chwile oczy, wsłuchując się w muzykę. Mmm... electro i dubstep... To jest to.
Nagle poczułem, jak ktoś ciągnie mnie za rękę do góry. Otworzyłem oczy oszołomiony i spojrzałem na dwudziestoparolatka o mocno zarysowanych kościach policzkowych, szczupłym nosie i błyszczących zielonych oczach. Wyglądał drapieżnie i... na miły Bóg... miał grzywę rudych, ognistych włosów, całkowicie wyglądających jak płomienie, albo to ja już byłem narąbany jak Messerschmitt.
Uniósł lekko mój podbródek i objął silnym ramieniem, wybudzając mnie tym samym z lekkiego odrętwienia.
- Jestem Xsavier. Zatańczysz? - Usłyszałem męski, głęboki głos wydobywający się z tych różowych ust.
Tom nic nie zrobił, co uznałem za przyzwolenie i pod czujnym okiem mojego brata/kochanka zgodziłem się wybrać z nieznajomym na parkiet, gdzie, o czym obaj się przekonaliśmy, musiał mnie dość mocno trzymać, żebym nie upadł. Starałem się nadążyć i nie zgubić w rytmie dzikiego, brudnego tańca, gdzie ocieranie o siebie dwóch ciał imitujące zbliżenie w zwierzęcy sposób podniecało każde członki upitego ciała.
Przetańczyłem z nim dobra kilka utworów i pewnie tańczyłbym dalej, gdyby swoją obecnością nie zaszczyciłby mnie Tom z wyraźnymi rumieńcami na policzkach i zdeterminowaniem w oczach. Pociągnął mnie za rękę do siebie i mocno przytulił, tak, żebym bez problemów wyczuł jego duży problem w spodniach.
- Bill. Łazienka. Natychmiast. Raus – wysyczał mi do ucha i klepnął w tyłek, ciągnąc w stronę toalet.
Zdążyłem jedynie zarejestrować, że G&G nie było przy naszej loży i zostałem wciągnięty w korytarz, a potem natychmiast do łazienki. Byłem tak zalany, że niemal nie dostrzegałem zmiany miejsc, w jakich się znajdowałem.
- Tom... - Przetarłem oczy. - Tom, to ty...? - Zapytałem, bo już wszystko zaczęło mi się mieszać i nie umiałem jednoznacznie określić, z kim zostałem zamknięty w kiblu.
- Skarbie...? - Usłyszałem ciepły i troskliwy głos, który jednoznacznie przekonał mnie o tym, że jestem tu z bratem. - Ciii... ale się urządziłeś... - przytulił mnie mocno do siebie i pocałował w czoło.
- Bill, jesteś świadomy...? Ile widzisz palców...? - Pokazał mi jakąś liczbę na palcach.
- Trzy... - odparłem po chwili zastanowienia.
- No, pięknie, braciszku. Jednak nie jest jeszcze najgorzej. - Oparł mnie plecami o drzwi. - Skarbie, posłuchaj... Tommy ma problem w spodniach i chciałby się kochać, kochanie, czy mi pozwalasz...? - Próbowałem nie spuszczać z niego rozbieganego wzroku i utrzymywać głowę w pionie, co wydawało mi się teraz niemożliwe. - Skarbie, rozumiesz, co braciszek mówi...?
Pokiwałem głową lekko i zamrugałem nieprzytomnie. Dźwięki były stłumione, jakbym słuchał tego przez szybę pancerną. Obraz prawie jak w kalejdoskopie.
- Kochanie, jeśli słyszałeś i rozumiesz, to powtórz... - poprosił patrząc z jeszcze większą troską. Nie widziałem jej, ale rozpoznawałem po tonie głosu.
- Że... że Tommy chce się kochać... - wymamrotałem z trudem. - Bibi się zgadza... - Wtuliłem się w niego z lekkim uśmiechem. - Ale mnie trzymaj mocno. - Pocałowałem go czule i leciutko.
Tom uśmiechnął się zadowolony i powoli pocałował mnie namiętnie i z pasją, pieszcząc wnętrze moich ust. Przyparł mnie mocniej do drzwi, żebym nie upadł i spuścił swoje spodnie z bokserkami do kostek. Rozpiął pasek moich spodni i również je zsunął w dół. Został na kucaka i wziął mojego penisa do ust, przez co głośno jęknąłem i rozstawiłem szerzej nogi. Naślinił dwa palce i wsunął we mnie poruszając i delikatnie rozciągając moją dziurkę. Gdy byłem już wystarczająco podniecony, wyjął ze mnie palce i mocno mnie pocałował. Niby byłem pijany, ale dbał o każdy szczegół, żeby w żadnym razie nie przypominało to zwykłego pieprzenia, a jednak kochanie się dwojga zakochanych.
- Skarbie, kocham cię, pamiętaj to... - Pocałował mnie delikatnie i odwrócił przodem do drzwi. Zawsze mówił, ze mnie kocha, bo wiedział, że kochanie się od tyłu wymaga wiele zaufania by nie myśleć o sobie jago o rzeczy w oczach innej osoby.
Rozstawiłem nogi tak szeroko, na ile pozwalały mi spodnie i wypiąłem się lekko, dłońmi łapiąc się futryny na górze. Pomiział swoim penisem moje wejście i wsunął delikatnie główkę jęcząc głośno. Syknąłem cicho, bo ślina jednak nie zastępowała jednak doskonale lubrykantu. Poczułem lekkie pieczenie i uczucie rozciągania. Przytulił mnie do siebie mocno i wszedł jednym pchnięciem do końca aż nasze jądra zetknęły się ze sobą. Jęknąłem głośno z bólu pomieszanego z rozkoszą i wtuliłem się plecami w tors Toma,a on zaczął się szybko poruszać w moim wnętrzu jęcząc mi do ucha, ze mnie kocha bez przerwy, na co się uśmiechałem i czułem wspaniale, wiedząc jak bardzo rozumie moje potrzeby. Złapał mnie za biodra i dosłownie nabijał mnie na swojego twardego penisa z całej siły sprawiając, że niemal krzyczałem jego imię z rozkoszy. Doszliśmy obaj jednocześnie. On we mnie, a ja na drzwi. Po chwili, gdy już skończył się we mnie spuszczać, usiadł na sedes ze mną na kolanach i podnosząc mnie delikatnie, zdjął ze swojego rumaka, posadził bokiem na kolanach i tulił mocno do siebie, całując po twarzy i uspokajając.
- Ciii... Bibi... już cichutko... było tak zajebiście, skarbie, dziękuję... - Pocałował mnie namiętnie i bardzo, bardzo długo i czule.
Siedziałem jakiś czas w jego ramionach drżąc od orgazmu, gdy on jednocześnie tulał mnie i wycierał drzwi. Wydawało mi się, ze to wieczność. A wieczność z Tomem była taka piękna, wręcz zachwycająca. Chciał mnie tez wyczyścić, ale zatrzymałem go.
- Nie... dobrze mi z tobą w środku... Jesteś tak blisko we mnie... - wymruczałem śpiąco, ale byłem mniej pijany niż jeszcze chwile temu.
- Mały zboczeniec... - Zaśmiał się mój brat i pomógł mi ustać na moich koturnach.
Ubrał mnie delikatnie i pocałował w czoło, po czym ubrał także siebie.
Wyszliśmy z toalety. Przed lustrem poprawiłem swój wizerunek i byliśmy gotowi by wrócić do loży.
- Chyba już idziemy, co nie...? - Tom mnie objął w drodze do kanap.
- Tak, wykończony... jestem... - wymamrotałem dość składnie i zobaczyłem, ze chłopaków nadal nie ma. - Gdzie...?
- Na dworze, dzwonią po szofera, tutaj jest za głośno. - Tom cmoknął mnie w czółko i podprowadził do wyjścia.
Przy samych drzwiach poczułem jak jakiś typ wyrywa mi torebkę i zwiewa na ulicę. Zamrugałem zdezorientowany w tłumie i ruszyłem za nim krzycząc żeby się zatrzymał. Usłyszałem jeszcze krzyk Toma biegnącego za mną. Zobaczyłem torebkę, błyszczącą niedaleko i podbiegłem do niej nie zauważając, że wybiegam na ulicę. Wziąłem ją szybko w dłoń i spojrzałem uśmiechnięty na brata, że złodziej ją upuścił. Tom coś wrzeszczał.
Spojrzałem w bok i podniosłem wzrok.
Światła.
Hamowanie.
Ból.
Ciemność.



Światło gaśnie w moich oczach.

piątek, 14 lutego 2014

50. Wir wollen nicht alleine sein

Tak a więc dotrwałam do 50 rozdziału. Uff.. Opko ma juz prawie rok, niedługo będzie świętować. Zastanawiam się co na tą okazję przygotować.. hmm.. ale CUŚ będzie. Postanowiłam, ze na taka piękną liczbę jaka jest połowa ze stu wrzucę coś.. mrr.. gorącego.. Licze na komentarze. Betowała Kasia, a ja zapraszam do lektury.

~ Sinni


50. Wir wollen nicht alleine sein

~ 6 lat później ~

- Ty kretynie! – krzyknął Gustav do Geo. – Ty ogolona fretko, jak mogłeś nie zapamiętać, którą walizkę wsadziłeś do samolotu?! – pieklił się blondyn, chodząc na lotnisku w Hamburgu dookoła taśmy, po której jeździły walizki wypakowane z samolotu.
- No… bo… - Geo drapał się po głowie. – No bo mam w domu taką, jak ta… - pokazał na czarną – i taką też… - wskazał na siwą – i jak tamte… - przypatrywał się walizce w kratkę i w kropki.
Gustav wykonał wyjątkowo zirytowanego palmface’a i usiadł na swojej walizce.
- To teraz czekamy albo aż jakaś zostanie, albo sprawdzaj etykiety na każdej wyglądającej znajomo… i już – powiedział z wymuszonym spokojem i poszedł po kawę z automatu.
Biedny Geo zagubiony w tej rzeczywistości wypatrywał toreb i próbował sobie przypomnieć, co stawiał na wagę i w co pakował rzeczy, ale za groma nie mógł, więc sprawdzał każdą, która obok niego przejechała.
Gustav wrócił z kawa.
- I co, dalej nic…? A może nie doleciała? – Upił łyk.
- Weź, nawet tak nie mów. Wiesz, ile kasy warte były te ubrania? No do jasnej cholery!!! – Wkurwił się na maksa i z otworu nagle znów zaczęły wypadać torby, czyli druga cześć załadunku.
Dorwał pierwszą torbę, która wyleciała i się wyszczerzył.
- No widzisz? Mówiłem, ze moja była czerwona przecież, nie…?
Gustav machnął dłonią, nie chcąc już marnować czasu na komentarze.
- Zachowujesz się jak nieopierzony Tom – powiedział tylko.
- „Nieopierzony Tom” ? A co to za porównanie? - Prychnął.
- Jak Tom w wieku 16 lat – wytłumaczył ciszej.
- Bo jeszcze ci uwierzę, że pamiętasz te zamierzchłe czasy… - mruknął basista i zamilkli. Oboje rozgrzebywali teraz w swoich sercach to, co bolało ich przez ostatnie dwa lata.
Wsiedli do taksówki i jechali pod dobrze znany adres, do miejsca, gdzie zaczynali swoją przygodę, do osoby, która wysłała list.
Zajechali przed wytwórnię płytową i pojechali windą na jedno z wyższych pięter wieżowca. Weszli do pokoju i rozejrzeli się uważnie. Wydawał się pusty, a na pewno ciemny, bo był już późny wieczór.
- Dużo tu się nie pozmieniało, Jost… - powiedział Georg niby do powietrza, ale wiedział, że ich były manager i tak gdzieś tu jest.
Z głośników zaczęło lecieć „Wir sterben niemals aus”. Och, Jost doskonale wiedział, co robi. Działał mocno na serca chłopaków, bo ta piosenka była dla nich niezwykle ważna. Opowiadająca o nieśmiertelności ich muzyki, zespołu.
Georg podszedł do odwróconego tyłem fotela i odwrócił go. Siedział na nim Jost i palił cygaro.
- Aleście wyrośli, chłopaki… - powiedział otwarcie zaskoczony David. – Georg… czemu ściąłeś włosy?
Gustav zachichotał.
- Nieważne. Było mi za gorąco – mruknął, zabijając przyjaciela wzrokiem. – Mów, czego chcesz i spadamy do hotelu.
- Słuchajcie, wiem, że jesteście więcej niż wkurwieni. Zobowiązywał was kontrakt, a nic się nie działo, ale sami znacie sytuację. Trzeba było wybadać sytuację… Czy ktoś oprócz nas to widział i takie inne… A po za tym, po waszej reakcji oni się zaszyli we własnym świecie. W tej swojej willi, nikogo nie słuchali. Aż dostałem to. – Rzucił im na stół kopertę.
- To, czyli list od nich? – Geo podał ów kopertę Gustavowi, wzruszając ramionami.
- Nie taki zwykły list, Geo… - powiedział Jost. – Sami zobaczcie. – Wydmuchnął dym.
Gustav wyciągnął z koperty kartkę, na której był napisany tylko jeden wyraz.

SUBURBIA

- „Przedmieścia”… I co dalej? – zapytał Geo.
- Wydaje mi się, że to wskazówka, jaki tytuł mamy umieścić na okładkach waszego czwartego albumu. – Jost odłożył cygaro.
- David, do kurwy nędzy, mów jaśniej, albo wracam do hotelu!
- Uspokój się! – Gus położył mu rękę na ramieniu. – To chyba znaczy, że wracamy, nie? Że przeszło tym dwóm bufonom i wracamy na scenę, prawda? – Spojrzał na Josta.
- Ich się zapytajcie – powiedział beznamiętnie, robiąc ruch głową w kierunku drzwi od studia nagrań.
Perkusista i basista odwrócili się jednocześnie i spojrzeli na dwie postaci w półmroku, które stały nieruchomo i tylko ich identyczne, brązowe oczy świeciły w ciemności.
- Bill i Tom… - powiedział Georg. – A oto i gwiazdy wielkiego finału…


~ 6 lat wcześniej ~


Otworzyłem oczy po pewnym czasie i uświadomiłem sobie, że jednak udało mi się zasnąć na podłodze windy. Czułem się trochę połamany. Gdy usiadłem i się przeciągnąłem, spojrzałem na Berlin… Spał i miał mnie w dupie. Zerknąłem na zegarek. Było kilka minut po 3, a mnie się nie chciało spać. Wziąłem kostkę czekolady i rozpuszczałem w ustach, by połknąć sam pyszny płyn. Wiedziałem, czego mi potrzeba do zaśnięcia. Oj, wiedziałem…
Spojrzałem na Toma i zdjąłem z siebie koszulkę. Dotknąłem jego ust swoimi i pocałowałem delikatnie. Zacząłem pieścić jego szyję i schodziłem z pocałunkami w dół. Podciągnąłem jego koszulkę i robiłem mnóstwo malinek na jego kaloryferze. Mmm… był taki pyszny…
Uśmiechał się w taki sposób, że miałem, wrażenie, że nie śpi, jednak byłem pewien, że lula w nieświadomości. Rozpiąłem jego pasek i słyszałem, jak mruczy coś pod nosem jakby był całkowicie zadowolony, że jego wspaniała, ogromna erekcja ma więcej miejsca. Tommy zachwycająco reagował na mój dotyk, nawet gdy spał… Jego ciało mnie kochało… Cóż, patrzyłbym jak śpi półnagi jeszcze dłużej, ale w tym momencie potrzebowałem już jego kontrakcji i reakcji.
- Tommy… skarbie… - Pocałowałem go namiętnie i otworzył oczy, nie wiedząc, co się dzieje.
- Bill… co ty wyprawiasz…? – Spojrzał na swoje nagie ciało.
- Mrr… - zamruczałem jedynie, co miało być dla niego jedynym wyjaśnieniem.
Tom przetarł oczy i ziewnął.
- Boże… najlepsza pobudka w windzie, jaka może się komukolwiek przydarzyć… chętna nimfa i erekcja… - Zaśmiał się. – Chodź do mnie, słonko… Wypnij się grzecznie do braciszka… - powiedział.
Uśmiechnąłem się zadowolony i wypiąłem do niego tyłeczkiem, a Tom usiadł i zaczął pieścić moje pośladki pocałunkami i muśnięciami języczka. Rozsunął pośladki i wsunął języczek do środka, zabierając się za lizanie mojego wejścia. Przejechałem paznokciami po wykładzinie windy, jęcząc zadowolony i wypinając się mocniej. Rozciągał mnie powoli i niespiesznie, choć ja prawie traciłem przytomność z przyjemności.
- Tommy... Błagam... W-Wejdź już... - wysapałem niewyraźnie.
Przyklęknął na piętach i wyprostował mnie do pionu. Jego usta spoczęły na moim karku. Jedną rękę owinął wokół mojego brzucha i położył na biodrze, splatając ją z moją. Całował mnie po karku i pieścił szyję i wtedy wsunął się we mnie jednym ruchem. Poczułem, jak jego gigant rozciąga mnie do granic możliwości. Odwróciłem lekko twarz i obdarzył mnie słodkim i czułym pocałunkiem. Potarł nosem o mój policzek i dalej pieścił ustami moja wyciągającą się szyję. Poruszył się delikatnie, gdy już się przyzwyczaiłem. Mój mistrz doskonale już wiedział kiedy, także nie bolało ani trochę. Drugą dłonią ujął mojego penisa i pieścił go wolnymi ruchami odpowiednimi do jego ruchów we mnie.
Trzymał mnie mocno i tulił, nie przestając być czułym ani przez chwilę. Czułem go idealnie wszędzie. Kochaliśmy się, a nie pieprzyliśmy... W tym akcie była cała nasza miłość. A fakt, że robiliśmy to od tyłu, mówił tylko o tym, jak bardzo kocham Toma i jak bardzo mu ufam.
Przyspieszył delikatnie dokładnie w tym momencie, gdy pierwszy raz otarł się o moją prostatę. Moje ciało wygięło się wtedy w łuk, jednak Tom trzymał mnie mocno, nie pozwalając się zbytnio przemieścić. Usłyszałem, jak zaczyna jęczeć mi do ucha, co oznaczało, że minęliśmy połowę drogi na szczyt.
Po kilku minutach, podczas których umiejętnie pieścił moje ciało i drażnił prostatę w taki sposób, bym za szybko nie doszedł, a osiągnął jedynie maksimum podniecenia, przyspieszył mocniej i uderzał w mój czuły splot nerwów raz za razem. Dyszałem ciężko, a jego imię ciągle było wyrzucane z moich ust w formie głośnych jęków rozkoszy.
- Billy... blisko... kochanie... achhh... - wyszeptał nieskładnie mój bliźniak.
- Wiem... ja też... ja... achhh... aaaa! - krzyknąłem i doszliśmy obaj jednocześnie. Tom we mnie, a ja w jego dłoń, która nieustannie pieściła mój członek w rytmie pchnięć Toma.
Spuścił się do końca, a potem wyszedł ze mnie, odwrócił mnie do siebie przodem i pocałował namiętnie, pieszcząc czule moje usta. Przytulił mnie mocno do swojego serca i położyliśmy się na podłogę.
- Wow... – wyszeptał, przeczesując moje włosy dłonią. Wiedział, jak bardzo kochałem jego czułe gesty. - Kurwa, co w ciebie wstąpiło? Ty diable... Kocham cię...
- Ja ciebie... - zacząłem i urwałem nagle. - Tom, winda ruszyła! Kurwa! - zerwałem się i zacząłem się szybko ubierać.
Tom spojrzał na mnie nieprzytomnie i od niechcenia założył bokserki, a potem wciągnął powoli spodnie, gdy ja wbiłem się w swoje rurki.
Gdy drzwi się otworzyły, a spojrzenia Gustava, Georga, Josta i technika spoczęły na nas byliśmy jedynie bez koszulek i w rozpiętych spodniach, które właśnie usiłowałem zapięć moim paskiem.
David uniósł brew i milczał, patrząc na bałagan i porozwalane walizki. I dobrze, że na nie patrzył, po przynajmniej nie zauważył Toma wycierającego ręki z mojego nasienia we wnętrze własnej buzy.
Uklęknąłem i powkładałem wszystko do walizek bez słowa.
Wyszedłem gotowy z windy.
- Tommy, bagaże – rzuciłem do brata. - Panu dziękuję. - Spojrzałem na technika. - Jost, do śmieci. - Podałem menadżerowi butelkę po wódce, karton po soku i opakowanie czekolady. - Chłopaki, przestać się chichrać ze śmieciarza i do pokoju – nakazałem i krokiem divy skierowałem się do naszego pokoju.
Jost stał zdębiały. Technik zamknął skrzynkę i poszedł schodami w dół, G&G poszli za mną, a Tom złapał za bagaże, poklepał Davida po ramieniu i minął go roześmiany.
Wreszcie wziąłem upragniony prysznic, a na widok kibla nigdy nie skakałem tak z radości.

* * *

Wieczorem po całodziennej próbie i SPA dreptałem zdenerwowany po garderobie. Tom grał z Georgiem w pokera, udając, że jakieś 200 tysięcy ludzi na widowni nie robi na nim wrażenia. Gustav rozgrzewał nadgarstki i wymachiwał pałeczkami jak przed każdym poprzednim występem.
- Bill, usiądź, biedroneczko. - Zaśmiał się mój brat.
- Zamknij się, nie ty będziesz latać po scenie i gadać do tłumu, a jak się pomylisz, to i tak nikt nie zauważy! - wywarczałem.
Tom uniósł ręce do góry w geście obronnym.
- Braciszku, spokojnie... - Westchnął i rzucił karty. - Pass... - Wstał i podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. - No już, kicia... - szeptał mi do ucha. - Potem dostaniesz ciastko, kochanie... Spokojnie, żabciu... - mruczał cicho. - Kocham cię, księżniczko...
Uśmiechnąłem się zarumieniony.
- Ja ciebie też... - odpowiedziałem już spokojny.
Wszedł facet z obsługi, koordynator całego tego zamieszania.
- Chłopaki, wchodzicie za minutę, idziemy – nakazał, a my chcąc nie chcąc poszliśmy za nim.
Tamtego wieczoru oczy całego Berlina były skierowane na nas. A my bawiliśmy się tak, jak wychodziło nam to najlepiej. Śpiewaliśmy dla tłumu i od razu pokochaliśmy to, jak śpiewają z nami. To była idealna noc.


Każdy z nich, każda pojedyncza osoba na widowni szukała w naszych piosenkach wsparcia i motywacji. Każdy, kto był tam wtedy i na każdym następnym koncercie szukał emocji, które daje muzyka. Emocje są potrzebne ludziom do przeżywania swojego życia i zdobywania siły, by iść naprzód. W muzyce ludzie szukają smutku, gniewu, ekscytacji, bólu i rozkoszy. Uczuć świadczących o tym, że istniejemy. Muzyka jest jak partner i kochanek. Tylko muzyka dostarcza takich emocji, jakich potrafi miłość. W nutach szukamy tych emocji, szukamy emocji, by poczuć, ze jest ktoś obok nas. Choćby w postaci muzyki i emocji chwili. Bo nikt nie chce być samotny.

piątek, 27 grudnia 2013

49. Alien sucht Liebe

Moi Kochani!

Przepraszam za tak strasznie długa nieobecność, jednak okazało się, że czas nie stoi po mojej stronie. Mam dla was gorące życzenia, choć spóźnione, na święta i ładnie opakowany w srebrny papier z czerwoną kokardką prezencik, czyli nowiutki rozdział, który szybko naskrobałam. Przepraszam jeszcze raz, nie wiem jak będzie dalej.

Co do rozdziału… Chcę podkreślić i zarysować obecną sytuację pomiędzy bliźniakami i między Billem a twórczością i jego weną. Pierwszy raz chce na samym wstępie powiedzieć, na co powinniście zwrócić swoja uwagę w ciągu czytania tego i następnych rozdziałów, gdyż inaczej mogą one wydać wam się bezsensowne i bezcelowe, niewnoszące nic do opowiadania. Mogłam od razu przejść do tego, co planuję, jednak zdecydowałam się na powolne podgrzewanie atmosfery. Tak, tak.. Sinni postanowiła się poznęcać J

Betowała Kasia, za co bardzo dziękuję  i zapraszam do czytania i komentowania.

~ Sinni


49. Alien sucht Liebe

Chichocząc, zapakowałem ubrania do walizki. Kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Zielonego pojęcia nie miałem, jak nas przyjmą. Ale już tyle ćwiczyliśmy, tyle graliśmy… Musiało być idealnie. To był początek naszej pierwszej trasy koncertowej. Zimmer 483.

środa, 23 października 2013

48. Ich weiß, dass keiner von uns geht. Ihr seid der letzte Weg.

Nie bijcie! Naprawdę kompletnie nie mam czasu i ten rozdzial pisałam długo, ale wreszcie jest. Znalazłam czas, bo… Jestem w szpitalu. Wrzucam wam rozdział do czytania i jutro mam operację. Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o mnie. Tęsknie okropnie za pisanie, a brak czasu mnie dobija. Mam nadzieję, ze choć trochę się uśmiechniecie, czytając ten rozdzialik. Zapraszam do komentowania, bo to bardzo dla mnie ważne, każdy komentarz to radość, że ktoś czyta. Betowała Kasia.

~Sinni


48. Ich weiß, dass keiner von uns geht. Ihr seid der letzte Weg.

6 lat wcześniej…   (czyli bliźniacy mają po 18 lat)

Tom

Siedziałem w czerwonym fotelu i obserwowałem chłopaków. Georg wyglądał na znudzonego, Gustav jakby mógł to uciekłby jak najdalej, a Bill… on właściwie spał… Chyba za długo w nocy „graliśmy na PS3”, bo wyglądał na całkowicie nieprzytomnego. Do tego Jost pieprzył o jakichś bardzo przyziemnych rzeczach, a my wszyscy bujaliśmy w obłokach.
W pewnym momencie głowa Billa opadła mu na ramię, a ten jak na zawołanie podniósł ją z powrotem i rozejrzał się, czy nikt nie zauważył jego nieuwagi. Uśmiechnąłem się do niego przyjaźnie, w pełni go rozumiejąc. Czynność tę mój brat powtórzył parę razy, aż w końcu zauważyłem, że nie podnosi głowy do pionu i po prostu zasnął.
Dobra… czas zakończyć tę katorgę.
Odchrząknąłem, czym zwróciłem na siebie uwagę naszego menagera.
- David… wiesz, może zrobimy przerwę…?- zapytałem najgrzeczniej, jak umiałem.
W zamian dostałem dwa wdzięczne i jedno wciąż nieprzytomne spojrzenie od chłopaków.
Nasz menager, widząc, że chłopacy ochoczo podchodzą do zrobienia przerwy, zniknął z salonu w studio nagraniowym, mówiąc krótkie „trzydzieści minut”.
Geo wstał, żeby rozprostować kości i powiedział, że idzie po kawę dla Billa, po czym również wyparował ze studia. Gustav, natomiast, poszedł za lustro weneckie, zasiadł za perkusją i wypróbowywał jakiś nowy rytm, którego nie słyszeliśmy.
Podniosłem się z fotela i podszedłem do brata. Zdecydowanym ruchem podniosłem go za bluzę i złączyłem wargi, całując mocno. Objąłem jego szczuplutkie ciałko i przyciskałem mocno do siebie. Zjechałem jedną dłonią i ścisnąłem pośladek, po czym dałem klapsa. Jęknął w moje usta i przyciągnął bliżej za kark. Całowaliśmy się namiętnie. Złapałem oba pośladki i zjechałem na uda. Podskoczył i oplątał mnie długimi nogami. Ohh… mógłbym się z nim kochać choćby zaraz, choćby tu. Trzymałem go mocno i znów dałem lekkiego klapsa, a potem jeszcze jednego. Po każdym z nich Bill jęczał głośno w moje usta. Przyparłem go do ściany i patrzyłem w jego żywe i błyszczące oczy. Cmoknąłem go.
- No, braciszku… Wreszcie się obudziłeś. Kawa Geo nie będzie ci potrzebna…- Zaśmiałem się, a on pacnął mnie swoim białym dredlockiem w nos.
- Ciekawe, dlaczego jestem śpiący…? – Uniósł brew, patrząc na mnie oskarżycielsko.
- Bo graliśmy w PSP3? – Zaśmiałem się.
- Tak, braciszku… Całą noc usiłowałeś wepchnąć kabel od ładowarki do gniazdka…- Spojrzał na mnie znacząco.
- I uwierz, że jeszcze raz chciałbym tę konsolę naładować…- Postawiłem go na ziemię i ścisnąłem pośladek, pocierając dłonią „gniazdko”, czując, jak mój „kabel” twardnieje.
Zagryzł wargę w rozbawieniu.
- Nie mogę uwierzyć, że oni przez całe dwa lata jeszcze się nie zorientowali, co oznacza gra na konsoli…- Pokręcił głową z niedowierzaniem.
Usiadłem na sofie i wyciągnąłem do niego rękę. Podszedł i usiadł obok z nogami na moich kolanach. Wtulił się w mój bok, a ja zniżyłem twarz i zacząłem lizać jego wargi, upraszając się o pozwolenie wejścia do środka. Rozchylił je, a ja wtargnąłem i zacząłem leniwie buszować w czułym pocałunku, dłonią gładząc wnętrze jego ud i pocierając krocze. Jęczał mi słodko w usta, a ja miałem ochotę go schrupać. A ładowarkę włożyć do kontaktu to już na pewno.

Bill

Och.. Doskonale wiedziałem, co on w ten sposób robił i co chciał osiągnąć. Mężczyzna z krwi i kości. Typowy dominant. Kocham go.
Te dwa lata były najlepszym okresem zarówno w moim, jak i jego życiu. Dlaczego…? Bo… żyliśmy. Zostawiliśmy przeszłość w tyle i żyliśmy chwilą. Jedną sekundą. I z każdej wyciskaliśmy jak najwięcej. Dwa i pół roku i dwa albumy nagrane w szaleńczym tempie – rok po roku. Idealne.  Dopracowane pod każdym względem.  I oddające moje emocje. Każdą pojedynczą.
Zmieniliśmy się. On stał się bardziej męski i perwersyjny, ja odważniejszy i wygadany. W pewnym momencie, sami nie wiemy kiedy, odnaleźliśmy nasze braterstwo i często kłóciliśmy się ze sobą. Ale kochałem to. I dalej lśniłem jak gwiazdka, w końcu to była nieodłączna część mojej osobowości. Tak, zdecydowanie żyliśmy pełnią życia. Zmieniliśmy także nasza aparycję.  Wydorośleliśmy. Jednak wciąż się malowałem. Nie wyobrażałem sobie przestać się malować. To było jak lśnienie – nieodłączna część mnie.
A teraz siedzieliśmy na czerwonej, skórzanej sofie w salonie studia nagraniowego i ustalaliśmy termin imprezy na cześć wydania Durch den Monsun. Naszego pierwszego singla, od którego wszystko się zaczęło. Świętowaliśmy urodziny tej piosenki co roku. Celebrowaliśmy początek drogi na szczyt. Wciąż jesteśmy na tej drodze, ale wszyscy wiemy, że jest to bliżej niż dalej na samą górę.
Tom gładził delikatnie wnętrza moich ud i całował leniwie i mokro. Lubię, jak ślina spływa po kąciku moich ust. Wtedy on ją zawsze zlizuję. O, właśnie tak, jak teraz to zrobił. Obejmował mnie mocno, tuląc do siebie i całując powoli. Jego ręka zjechała z mojego uda na krocze i masowała moją erekcję. Jęczałem słodko w jego usta i sam zacząłem sięgać do jego spodni, gdy tu nagle…
- …tak, zaniosę mu kawę… Dobra, nie musisz się wydzierać! – Wszedł wściekły Geo.
W tym czasie od skrzypnięcia drzwi do jego wejścia ze świeżą kawą odsunęliśmy od siebie swoje ręce i usta, ale nie zmieniliśmy pozycji. Nadal siedziałem z nogami na jego kolanach, przytulony. Wyciągnąłem jedynie z kieszeni jego obszernych spodni (tej samej, w której trzyma gumki, żeby jeszcze uzmysłowić coś tym trzem tępakom) konsolę PSP i udawałem, że przeglądam się, jak Tom gra.
- Uzależnienie…- stwierdził Geo i postawił mi na stoliku kawę z mlekiem.- Jak można całą noc grać na konsoli, nie wyspać się, a teraz grać jeszcze w dzień? Jesteście chorzy…
Uśmiechnąłem się znacząco do Toma. Oj, owszem, jesteśmy chorzy… Ale szczerze mówiąc, ja nawet nie wiem, jak się to cholerstwo włącza, co dopiero mówić o graniu… Natomiast wiem, gdzie jest włącznik Toma… Oj, wiem… I równie dobrze on wie, gdzie jest mój.
- Chociaż widzę, że ta gra nawet nieźle cie rozbudziła, Bill…- Geo uniósł brew i spojrzał na mnie spod kurtyny swoich włosów.
Oh, Geo… Gdybyś tylko wiedział…
Cisza. Było słychać tylko klikanie klawiszy, gdy Tom udawał, ze w coś gra, choć to było wyłączone, bo jak powiedziałem, nie wiedziałem, jak włączyć, bo się do tego nie dotykałem.
- Kurwa… Aleście gadatliwi…- Basista wstał i wyszedł wyraźnie wkurzony. Musiał wstać lewą nogą. Czasem tak miał. I cóż ja poradzę, że takich mam przyjaciół. Jak ma zły dzień, to wszystko mu przeszkadza… Nawet tak mam nierówno rozdzielone na boki włosy. Wtedy też się czepia…
Wziąłem kawę i upiłem łyka. Wtuliłem się mocniej w brata.
- Żabciuuuuu…? – powiedział pieszczotliwie, a ja się zaśmiałem. – Ty już o czymś myślisz, prawda?
- Co oznacza „czymś”? – Spojrzałem na niego uważnie.
- Wiesz, co oznacza…
Zamyśliłem się. Czy już o czymś myślałem…?  Możliwe, że miałem już jakąś myśl, że był jakiś zarys. Że coś widziałem. W mojej podświadomości zasiało się ziarno, które miało dać nowy pomysł. Widziałem… coś innego niż do tej pory, coś dorosłego i mocnego. Powalającego na kolana. Takie miało być.
- Mam – szepnąłem tajemniczo.
- Powiesz?
- Jak dopracuję do końca, to powiem tobie pierwszemu. Jak zawsze, braciszku…
Położył mnie na kanapę jednym gwałtownym ruchem i dał mi klapsa.
- Ej! – pisnąłem niezadowolony, a on dał mi jeszcze jednego. – Co to za bicie braciszka?!
- Za karę, że masz pomysł i nie chcesz powiedzieć jaki! – Zaśmiał się.
Przyłożył usta do moich pośladków i wycałował miejsca, które uderzył.
- Jak dopracuje to powiem… Ale to będzie odjechane, wiesz? Ja już to czuje, już to wiem. Zajebiste. – Oczy mi się zaświeciły i zobaczyłem radość w oczach Toma. Kochał, gdy się uśmiechałem.


Tom

Po dwóch godzinach zostaliśmy wypuszczeni przez Josta do domu. Pożegnaliśmy G&G i udaliśmy się do samochodu. Naszego własnego! No normalnie mieliśmy samochód! Nasz! Własny! Osobisty! I Gordon nas już nie woził. Sami się woziliśmy. Hah… „woziliśmy”…
Wsiadłem za kierownicę, a Billy z przodu i odjechaliśmy w drogę powrotną. Oczywiście nie obyłoby się bez…
- Tommy, pojedziemy jeszcze na chwilę do centrum? Tylko do jednego sklepu… - poprosił.
- Nie – odpowiedziałem krótko jak zawsze na takie prośby.
- Ale Tommy… Ja tak ładnie proszę… - nalegał.
- Nie.
- A jak ci zrobię dobrze?
- Nie. Nie jesteś dziwką.
- A jak…? – Nie dokończył, bo mu przerwałem.
- Nie.
Spojrzał na mnie tak jak tylko on potrafi. Swoimi szczenięcym spojrzeniem i błyszczącymi oczkami, za którymi czaił się smutek. Nadął lekko policzki i wydął te swoje usteczka tylko do całowania stworzone i wiedziałem, że jestem przegrany. Jak za każdym razem, gdy jesteśmy w centrum. Zawsze mu ulegam. Zastanawiam się, dlaczego jeszcze się z nim kłócę, ale stwierdzam, że pewnie po to, żeby utrzymać pozory i chociaż samego siebie przekonać, że wcale nie myślę, którymi ulicami dojechać do galerii, gdy tylko wsiadam do auta. Nie… i tak jestem skończony.
Billy włączył naszą nową płytę i tak jechaliśmy co galerii. Ja podrygiwałem ręką, która sama chciała uderzać w struny gitary, a on się darł, próbując przekrzyczeć rozpuszczone na maxa radio. Uśmiechałem się do niego. Kochałem jak się cieszył. Kochałem jego uśmiech. I pocieszałem się, że to ewentualnie ostatnie zakupy, bo trzeba się było spakować i wyjeżdżaliśmy w trasę. Nareszcie. W trasę!


Wiem, że żaden z nas nie odejdzie. Wy jesteście dla mnie, dla nas jedynym ratunkiem, jedyną drogą. Ratujemy siebie nawzajem. Dla siebie żyjemy. Dla siebie się bawimy. Dla siebie będziemy się zamykać i otwierać na nowo. Rozkwitać i więdnąć. 

sobota, 14 września 2013

47. Prolog: Everybody says that time heals the pain.

Ruszamy z III Tomem. Chciałabym tylko powiedzieć, że zawieszam MB na czas nieokreślony, bo jeszcze nie wiem, czy wyrobię się z jednym opowiadaniem, a co dopiero z dwoma... A przez następne dwa tygodnie nie ukażą sie notki, ponieważ wasza Sinn wyjeżdża na wycieczkę do gorącej Italii. Może natchnie mnie wena i po powrocie nastukam coś szybciutko. Bardzo przepraszam i zapraszam do czytania i komentowania.

Sinn

47. Prolog: Everybody says that time heals the pain.

W jednej ręce trzymał kubek z gorącą kawą, a w drugiej list, który dopiero co przyniósł listonosz. Wrócił do domu, ubrany jedynie w bokserki i szlafrok i rzucił niedbale list, nie patrząc na adresata. Miał lepsze rzeczy do roboty.
Dopił kawę i ubrał jakieś ubrania, nawet nie patrząc na to, czy spodnie pasują mu do koszuli. Przeczesał niedbale długie, brązowe włosy i westchnął z rezygnacją. Dziś mógł je pogładzić ostatni raz. Za godzinę miał wizytę u fryzjera.
Wyciągnął komórkę i zadzwonił do przyjaciela, który miał mu pomóc zmierzyć się z tym koszmarem i razem z nim porzucić przeszłość – ścinając szatynowi włosy.
Blondyn był punktualnie przed ogromną willą swoim czerwonym Porsche i oboje odjechali w kierunku centrum miasta. Nie rozmawiali za wiele. Szatyn był za bardzo zdenerwowany całą sytuacją, by wydusić z siebie cos dłuższego niż „uhm”, „tak” lub „nie”.
Fryzjerka z politowaniem patrzyła na przerażenie w oczach mężczyzny, który przymykał powieki na widok nożyczek, a jego przyjaciel musiał mu trzymać rękę na ramieniu.
Ciach. Ciach.
I po sprawie. Nie ma włosów. Nie ma przeszłości. Co z oczu to z serca? Chyba się przeliczył, wierząc w prawdziwość tego przysłowia, a blondyn zdawał się go dokładnie rozumieć. Oboje nie umieli zapomnieć. A może nie chcieli? W którymś momencie chyba nawet przestali zauważać różnicę.
Wychodząc z salonu szatyn czuł pustkę na ramionach. Było mu tak jakoś lekko na głowie i trochę chłodno. Przejechał dłonią po świeżo ściętej czuprynie i westchnął.
Wsiedli z powrotem do samochodu i skierowali się do domu szatyna.
Blondyn był jak zawsze zamyślony, mężczyzna nie chciał przyjacielowi przeszkadzać we wspominaniu, bo na pewno właśnie to robił. Wspominał. Wydzierał z zakamarków umysłu to, co postarali się schować już parę lat temu.
- Jutro razem wkroczymy w nowy okres w naszym życiu…- powiedział mężczyzna.
- Nigdy tego nie zapomnę. Nie ma takiej możliwości…- odparł właściciel samochodu.
- Już dwa lata… I żadnej wiadomości…- westchnął.
Weszli do domu i szatyn rozwalił się na kanapie w salonie i włączył telewizor, czekając na przyjaciela.
Blondyn poszedł do kuchni zaparzyć sobie kawy. Podniósł gazetę ze stołu, chcąc tym samym zrobić miejsce na kubek i nagle coś zauważył. Leżało pod gazetą i wyglądało niewinnie.
Przyjrzał się kopercie i zmarszczył czoło, a potem, po odczytaniu adresu zwrotnego, ściągnął brwi.
Zapomniał całkowicie o kawie i razem z kopertą przeszedł do salonu.
- Ktoś jeszcze utrzymuje z tobą kontakt z Hamburga?- zapytał blondyn.
Szatyn spojrzał na niego zaskoczony i zdziwiony jego pytaniem.
- Oczywiście, że nie- odparł pewien swego.- Skąd ci to przyszło do głowy?- Wyglądało na to, ze trochę się zdenerwował.
Przyjaciel rzucił w mężczyznę kopertą i patrzył na jego zmieniającą się minę, gdy czytał adres zwrotny.
- Ale…- zaczął, ale się zaciął. Właściciel willi nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć.- To nie może być, Gustav - wydusił w końcu.
Rozerwał kopertę i szukał nadawcy listu.
- Georg?- zagadnął blondyn, chcąc się czegoś dowiedzieć.- Czy to…?- urwał, widząc minę przyjaciela.
Georg spojrzał na niego ze wściekłością i wyrzutem.
- Na darmo ściąłem włosy – burknął i podał list Gustavowi.
Przeleciał szybko wzrokiem po tekście, nie wiedząc, czego się spodziewać i uśmiechnął się na widok podpisu.
- Stawiam dwie stówy, że mu się udało – skomentował i wystawił rękę do kumpla.
- Ja stawiam cztery, że przekonali go do siebie – zaoponował i podał przyjacielowi rękę na znak podjętego zakładu.
- Jakby nie było…- westchnął Gustav.- Musimy się pakować… Chyba wracamy na falę, Geo.- Zaśmiał się.
- A mogłem ten list otworzyć rano…- żachnął się szatyn, ale pierwszy raz od dawna poczuł szczęście.

Teraz trzeba było tylko pojechać do Hamburga i wszystko wyjaśnić. Całe szczęście, że z Berlina droga nie była aż taka długa… Mówią, że czas leczy rany… Jednak żaden z nich nie był co do tego przekonany…

sobota, 7 września 2013

46. Epilog

Dzien dobry, kochani. Dzis przedstawiam wam epilog II Tomu. Nie mam zielonego pojecia, kiedy to zlecialo. Chcialabym zadedykowac ten caly Tom wszystkim, ktorzy czytaja i komentuja jak i rowniez tym, ktorzy nie komentuja. Moze w III Tomie sie poprawia :)  Zapraszam teraz na odcinek. A za tydzien lecimy dalej z Humanoid.  Jesli chodzi o MB.. Naprawde nie wiem. Bardzo, bardzo nie mam czasu. Przepraszam. Ale za cud uznam wyrobienie sie z jednym opowiadaniem. Nie wiem jeszcze jak to rozegram. Zobaczy sie. A wiec jeszcze raz zapraszam do czytania!

Sinnlos


46. Epilog


Gdy otworzyłem oczy, napotkałem od razu zapatrzone we mnie oczy Toma. Tak, jak kiedyś. Nie było piękniejszych poranków niż te, gdy budziłem się obok Toma. A taki miał już być każdy poranek.
Wróciliśmy do Hamburga. Mama i tata nie mogli uwierzyć, że się pogodziliśmy. Ale ani oni, ani GG nie musieli wiedzieć wszystkiego. Powód kłótni utrzymywaliśmy w tajemnicy, nie chcieliśmy stracić już nic więcej niż straciliśmy przez miesiąc.
Wróciliśmy do nagrywania płyty. Piosenki pisało mi się z łatwością, bo mówiły o tych wszystkich emocjach, które towarzyszyły mi przez ostatnie dni. Do wydania albumu mieliśmy dużo czasu, ale nazwę już ustaliliśmy pierwszego dnia po przyjeździe. „Zimmer 483” bo to w nim wszystko się zakończyło. Ostatnia rozgrywka, ostatnie rozdanie kart. I tam oddałem się z miłości jedynej osobie, którą kocham, a która kocha mnie. Mojemu braciszkowi.
- Bill…- Tom wyrwał mnie z zamyślenia, wchodząc do studia z dwoma szklankami i butelką whisky pod pachą.
Uśmiechnąłem się lekko. Z niektórymi jego przyzwyczajeniami po prostu nie warto było walczyć. A butelka whisky raz w miesiącu, dokładnie pierwszego dnia każdego miesiąca, nie była jakimś wielkim poświęceniem, więc chętnie z nim piłem. O to mnie przynajmniej poprosił. Był październik i właśnie mieliśmy rozpocząć ten rytuał.
- Chodź, braciszku, nauczę cię pić bursztynowy ogień… A potem..- Uśmiechnął się cwanie.
- A potem…?- podjąłem, choć i tak wiedziałem, do czego to zmierzało.
Objął mnie mocno, gdy podszedłem do niego i pocałował, zapierając dech w piersiach.
- A potem… Mam pewne plany wobec naszego nowego fortepianu…- wymruczał, a ja już wiedziałem, że przepadłem po tych słowach.
I on też to wiedział. Kochałem przepadać.  W jego ramionach…

czwartek, 5 września 2013

Przepraszam

Entschuldigung!!!  Przepraszam, że ni pojawił sie nowy odcinek MB. Przepraszam, bo nie wiem, kiedy się pojawi. Wróciłam do 2 liceum i już mam za sobą pracę domową składającą się z 500 zadań z chemii.. Wybaczcie, nie wiem, kiedy napiszę kolejny odcinek Być może naskrobię coś w weekend, ale nie moge obiecać... Przepraszam...

Sinnlos