wtorek, 23 kwietnia 2013

15. Du bist alles, was ich bin.


W sumie to skończyłam rozdział 26. i pomyślałam, ze skoro mam trzy dni wolnego to wrzucę trochę więcej, dlatego oto kłania się przed Wami rozdział 15.

Błagam, nie bijcie! Pierwszy raz w życiu opisuję coś takiego i wiem, że dość nieumiejętnie, ale cóż… ten moment musiał nadejść… jeszcze tylko cztery notki to końca pierwszego tomu. Ach… jak ten czas szybko leci…

~ Sinnlos

15. Du bist alles, was ich bin.

Dwa tygodnie później…

Bill

Maj zmierzał ku końcowi. Dzień jak co dzień.
Tego dnia mieliśmy zdecydowanie bardzo wyczerpującą próbę. Przez ostatnie dwa tygodnie chodziłem smutny i wściekły na przemian. Jednak chłopacy się cieszyli Wiedzieli, że gdy rządza mną skrajne emocje, sypię wręcz, piosenkami z rękawa. Nie pomylili się. Przez czternaście dni napisałem kolejne 4 piosenki. Schrei, Lass uns hier raus, Gegen meinen Willen i Jung Und nie mehr Jugendfrei.
Padnięty wróciłem do pokoju i stwierdziłem, że coś mi nie pasuje. Żadnych odgłosów za ścianą. Czyżby Tom też był dzisiaj zmęczony?
Cały dzień było duszno i przewidywałem, co się święci, więc w łazience przygotowałem sobie obóz przetrwania. Kołdra, poduszka, zeszyt i ołówek.
Czułem się gotowy, naprawdę czekałem na przyjście burzy. Czy byłem masochistą?
Odwaga wyleciała ze mnie po pierwszym uderzeniu.
Z prędkością światła znalazłem się w wannie, za zamkniętymi drzwiami.
Kolejne grzmoty. Drżałem, próbując się powstrzymać od płaczu, ale przegrałem.
I do tego przypomniałem sobie, jak było cudownie, gdy Tom mnie wtedy wziął w ramiona i wiedziałem, że nic mi nie grozi.
Złapałem za zeszyt i mając nadzieję, że kiedyś będę w stanie to zaśpiewać napisałem pierwsze wersy… i kolejne… aż powstało Ratte mich.

Tom

O nie, na odwiedziny Melanii byłem zdecydowanie za bardzo zmęczony.
Wszedłem pod prysznic i zacząłem gładzić swoje ciało płynem. Czarny już się kąpał, słyszałem.
Nagle wszystko potoczyło się niezmiernie szybko.
Grzmot.
Błyskawica.
Przerażona twarz Billa przed oczami.
Ręcznik.
Bokserki.
I już byłem w jego pokoju, gdzie nie pozostało po nim ani śladu.
Wykończenie zdecydowanie uśpiło moją czujność.
Z bólem patrzyłem, jak przeze mnie cierpi, ale to w żadnym wypadku nie równało się tym paraliżującym przerażeniem w jego oczach, gdy znalazłem go w łazience podczas ostatniej burzy. Burzy, podczas której po raz pierwszy (i prawdopodobnie ostatni) go pocałowałem.
Otworzyłem drzwi do łazienki i zobaczyłem skuloną, czarną, chudą osóbkę wypłakującą swoje oczy w kołdrę.
Poczułem, że nie dam rady dłużej. Muszę być przy nim. Muszę…
Poczułem łzę na policzku. Tak bardzo go kochałem…

Bill

Całkowicie niespodziewanie drzwi łazienki się otworzyły, a mnie oświetliła błyskawica.
Tom. To był on.
Podszedł do mnie z takim bólem na twarzy, że samego siebie zrobiło mi się żal.
- Zostaw mnie.- burknąłem zapłakany.- Dam sobie radę. Nie musisz się nade mną litować…- wychlipałem.
Po jego policzku spłynęła srebrzysta łza.
Bez słowa podszedł do mnie i tak jak kiedyś wziął na ręce razem z całą pościelą i przeniósł na łóżko.
Podczas ostatniej burzy… to od tamtego czasu się do mnie nie odzywał.
Ułożył mnie i wsunął się pod kołdrę obok mnie. Płakał.
- Przepraszam cię, Billy.- wyszeptał.- Powiem ci, braciszku. Powiem ci, co mnie męka, a wtedy zrozumiesz, że to, co robię jest właściwe. Poczujesz oburzenie.- mówił do mnie.- Ale nic na to nie poradzę, że tak czuję.
Patrzyłem na niego uważnie.
- Kocham cię, Piękny.- wyznał wreszcie.- Ale nie po bratersku, tylko tak…- nie umiał znaleźć odpowiedniego słowa.
- … tak jak nie powinieneś.- dokończyłem za niego, a oczy mi się zaświeciły.
- Tak.- pokiwał głową.- Przepraszam…- zaczął wstawać, ale go powstrzymałem.
Spojrzał na mnie pytająco.
Ująłem jego twarz w dłonie i musnąłem jego wargi swoimi.
Dalej nie rozumiał, o co chodzi.
- Dobrze, że tak czujesz, Tommi.- wyszeptałem, patrząc prosto w jego oczy.- Bo ja czuję to samo. Ja też cię kocham.
Pocałował mnie tak mocno, że aż zakręciło mi się w głowie.
- Boże… Co ja ci zrobiłem…- wyszeptał z niedowierzaniem, wodząc po moich oczach, mokrych o łez, a potem zaczął scałowywać każdy mokry punkt z mojej skóry.- Naprawdę mnie kochasz? Po tym wszystkim?- upewnił się.
Kiwnąłem głową na „tak” nie posiadając się ze szczęścia, że on odwzajemnia moje uczucia.
- Ale co z Melanią?- zapytałem.
- Myślałem, że będzie mi łatwiej ignorować uczucia wobec ciebie, gdy z nią będę, ale… nie potrafiłem jej tknąć.- wyznał.
Przyciągnąłem jego twarz do swojej i pocałowałem, ale to on przejął kontrolę.
Gdy poczułem jak rozsuwa moje usta językiem wycofałem się nagle.
Zawstydził się.
- Przepraszam, nie powinienem, wiem…i przepraszam, ale…- plątał się, na co cmoknąłem go w usta. Był taki słodki, gdy się jąkał.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Po prostu zamknij najpierw drzwi na klucz.- poleciłem mu z uśmiechem.
Ożywił się nagle.
Był przy drzwiach, a zaraz znów przykrył moje ciało swoim i kontynuował pogłębianie językiem pocałunku. Och… miałem nadzieję, że moje usta smakują mu chociaż w połowie tak jak jego mnie. Były takie słodkie…
Nieśmiało wsunąłem ręce pod jego koszulkę i zacząłem gładzić jego plecy, a on, mniej nieśmiało, muszę przyznać, drażnił mój brzuch aż wreszcie doszedł do sutków, a ja cicho jęknąłem.
Z moją pomocą zdjął ze mnie tą ogromną koszulkę i spojrzał się dziwnie na jej rozmiar.
- Kupiłem ją dla ciebie, wariacie.- zaśmiałem się.
- Wiem.- odpowiedział.- Idealnie utrafiłeś w rozmiar.
Zaczął schodzić z pocałunkami w dół  mojego brzucha, męcząc ponownie moje sutki, a potem pępek. Zatrzymał się przed gumką od bokserek i spojrzał na mnie, pytając o pozwolenie. Mój przyspieszony oddech pozwolił mi jedynie skinąć głową, a wtedy on pozbawił mnie bielizny. Podciągnąłem go do góry i ponownie zacząłem całować. To było tak cholernie przyjemne…
- Mówiłeś, że nie robiłeś tego nigdy z mężczyzną…- przypomniałem mu, gdy przeszedł z mokrymi pocałunkami na moją szyję.
- Bo nie robiłem…- mruknął zasysając moja skórę i robiąc malinkę.- Ty też nie.- zauważył, gdy czerwony ślad był już gotowy.
- Ja w ogóle.- przyznałem kolejny raz z nieśmiałością.
Zaśmiał się.
- No przecież wiem, że jesteś obustronnym prawiczkiem. Inaczej byś się tak nie rumienił jak dziewica…- śmiał się.
Nie odpowiedziałem, tylko odsunąłem go od siebie i przyjrzałem się uważnie.
- Tom, to dla mnie naprawdę ważne.- powiedziałem.
Spoważniał.
- Wiem, Billy, przepraszam…- wyszeptał.- Jeśli nie chcesz, to nie musimy kontynuować. Zdaję sobie sprawę z tego, że utrata dziewictwa z bratem nie jest szczytem marzeń.
Spuścił głowę.
- Tommi, to nie tak…- dotknąłem dłonią jego policzka.- Ja tego chcę. Bardzo.- zapewniłem go i pocałowałem lekko.- Po prostu, jak zauważyłeś, jestem prawiczkiem i proszę jedynie, żebyś tak mnie traktował. Ja nie mam pojęcia, co robić.- byłem kompletnie zawstydzony.- Bądź delikatny.- wyszeptałem w końcu prośbę.
Pocałował mnie tak czule, jak nigdy wcześniej.
- Nigdy cię już nie skrzywdzę, Billy. Dzisiaj jesteś cały mój, a ja sprawię, że zapomnisz o Bożym świecie i o burzy. To będzie najlepsza noc w twoim życiu. Ale nie zrobimy TEGO. Nie jesteś gotowy.
- Już zapomniałem…- szepnąłem i oddałem się mu w całości.
Ponownie podążył drogą w dół mojego brzucha, tym razem jeszcze wolniej, drażniąc każdy punkt mojego ciała.
Gdy doszedł do podbrzusza, myślałem, że eksploduję z podniecenia. Byłem już naprawdę sztywny.
Ujął w dłoń moją męskość i zaczął przesuwać nią w górę i w dół, samemu dostając się do moich ust i spijając z nich jęk rozkoszy.
Po chwili odsunął się od moich ust i powrócił w dół mojego ciała. Całkiem niespodziewanie pocałował czubek mojego członka, a potem wsadził sobie końcówkę do ust i zaczął ssać i lizać na przemian.
- O Boże… Tom…- jęknąłem, nie mogąc inaczej poradzić sobie z tą przyjemnością. A on doskonale wiedział, co sprawi przyjemność. W końcu byliśmy dwoma połówkami całości.- Ahhh…
Przymknąłem oczy i całkowicie oddałem się rozkoszy. Czułem to napięcie w swoich biodrach, które całkiem odruchowo unosiłem do góry. Po więcej.
- Tom…- szepnąłem, bo nie mogłem już z siebie wydobyć żadnego głosu.- Ja… zaraz… ja…- wydyszałem.
Próbowałem go odsunąć od siebie, ale on się nie dał.
- Ohhhh….!- krzyknąłem i wytrysnąłem prosto w jego usta.
Opadłem zaspokojony i zrelaksowany na łóżko. Nawet nie wiem, w którym momencie moje ciało samo ułożyło się w łuk.
Wstał i poszedł do łazienki, gdzie wypluł moją spermę i wypłukał usta.
Zawstydziłem się leżąc tak roznegliżowany i ciągle jeszcze zaciskając palce u stóp i uda od kolejnych fal przyjemności.
Położył się obok mnie i przytulił.
- Przepraszam… Próbowałem cię ostrzec…- wyszeptałem cichutko, nie wiedząc jak o tym mówić.
- Wiem, Billy.- pocałował mnie w czoło.- Ale ja tego chciałem, Piękny.- dodał.- Mam nadzieję, że było ci dobrze, bo nigdy jeszcze tego nie robiłem…
- Żartujesz?!- zaśmiałem się.- „Dobrze”?- zakpiłem.- Ja… w życiu… ani razu… W ogóle nie ma słów, żeby określić te uczucia…- przyłożyłem głowę go jego klatki piersiowej.
Spojrzałem na jego bokserki, które ukrywały dość duże, niezaspokojone podniecenie. Otrząsnąłem się z własnej przyjemności i dotknąłem gumki od jego bielizny, na co zareagował jęknięciem. Był bardzo wrażliwy na dotyk w takim stanie.
Zerknął na mnie pytająco.
- Teraz ja…- powiedziałem nieśmiało i zacząłem wsuwać wolno rękę pod jego bokserki, aby jej zsunąć.
Jednak on mnie zatrzymał. W życiu nie byłem tak czerwony z zawstydzenia jak wtedy.
- Nie musisz.- wyszeptał i nadgryzł mi uszko.
- Allleee, Tom… Bo ty… i ja…- nie wiedziałem jak to ująć w słowa. W życiu bardziej nie doceniłem tego, że porozumiewamy się bez słów niż wtedy. Przynajmniej nie musiałem kończyć.
- Nie, Piękny.- położył mi palec na ustach.- To ja sprawiam przyjemność tobie. Musze odpokutować winy.- spojrzał mi w oczy.- Ależ ty masz cudowne oczy…- pogładził mnie po policzku i założył kosmyk włosów za ucho.
Zaśmiałem się, a on spojrzał na mnie zdziwiony.
- Tom, jesteśmy bliźniakami.- przypomniałem mu.- Masz takie same oczy.
Również zaczął chichotać.
- Ale twoje są najpiękniejsze.- wyszeptał w moje włosy.
Przypatrywałem się mu i myślałem w ciszy, czerpiąc z każdej sekundy, jaką dzielimy wspólnie.
- Tom…- zacząłem nagle. Mruknął, żebym kontynuował.- Du bist alles, was ich bin.- wyznałem, a w oczach poczułem łzy radości.
Scałował je z moich policzków, a potem musnął moje usta.
- Und alles, was durch meine Ader fließt.- odpowiedział.
Spojrzałem na niego z iskierkami w oczach.
Naciągnąłem na siebie natychmiast bokserki i wyrwałem do łazienki, skąd wziąłem zeszyt i ołówek, a po chwili znów byłem w łóżku obok jego gorącego ciała.
Zabrałem się do pisania, nie pozwalając mu patrzeć.
Gładził mnie po włosach, to po karku. To tak bardzo relaksowało… Jego dotyk był uspokajający… i nawet nie zauważyłem, kiedy przestało grzmieć.
Spojrzałem na niego nagle po 10 minutach.
- Już idę…- westchnął zrezygnowany z uśmiechem na twarzy i wyszedł z pokoju.
Wrócił po dwóch minutach z brązową gitarą, którą dostał od wytwórni, w ręce.
- Skąd wiedziałeś, że…?- zacząłem, ale zrezygnowałem. To oczywiste, że wiedział.
Usiadł obok mnie i trącił struny.
- Zagraj jeszcze raz ten akord.- poleciłem mu. Dokładnie taki sam, jak w mojej głowie.- Graj, Tom. Graj to, o czym myślisz.- powiedziałem z podekscytowaniem w oczach, a sam zacząłem śpiewać. Do melodii z mojej głowy, która przechodząc do umysłu Toma wypływała teraz spod jego palców na gitarze.

In mir wird es langsam kalt
Wie lang könn’ wir beide hier noch sein
Bleib hier, die Schatten woll’n mich hol’n
Doch wenn wir gehen, dann gehen wir nur zu zweit
Du bist alles, was ich bin
Und alles, was durch meine Ader fließt
Immer werden wir uns tragen
Egal, wohin wir fahr’n
Egal, wie tief

Ich will da nich’ allein sein
Lass uns gemeinsam
In die Nacht
Irgendwann wird es Zeit sein
Lass uns gemeinsam
In die Nacht

Ich hore wenn du leise schreist
Spure jeden Atemzug von dir
Und auch wenn das Schicksal uns zerreisst
Egal was danach kommt das teilen wir

Ich will da nich’ allein sein
Lass uns gemeinsam
In die Nacht
Irgendwann wird es Zeit sein
Lass uns gemeinsam
In die Nacht
In die Nacht...irgendwann..
In die Nacht.. nur mit dir zusamm'

.. Halt mich, sonst treib ich alleine in die Nacht
Komm, nimm mich mit und halt mich
Sonst treib ich alleine in die Nacht

Ich will da nich’ allein sein
Lass uns gemeinsam
In die Nacht
Irgendwann wird es Zeit sein
Lass uns gemeinsam
In die Nacht
Du bist alles, was ich bin
Und alles, was durch meine Ader fließt

Skończyliśmy jednocześnie z wielkimi uśmiechami na twarzy.
Odłożył pospiesznie gitarę, odrzucił mój zeszyt i wpił się w moje wargi, jakby był to nasz ostatni pocałunek. Ale nie był… i nie zapowiadało się na takowy.
Zmęczeni, szczęśliwi, wtuleni w siebie, nucąc w myślach In die Nacht oddaliśmy się  w objęcia Morfeusza.

Nach dir kommt nichts – Ich hasse dich [1/1]


Dobra… powiem tak… skończyłam pisać 25. rozdział i naskrobałam tą miniaturkę. Wstawiam właśnie ją, bo okropnie boję się przedstawić Wam 15. rozdział.
                                    
Mam nadzieję, że choć trochę spodoba, bo jak to wczoraj pisałam, to padałam twarzą na klawiaturę… Choć może trochę za szybko rozwinęła się akcja…? No nic! Czekam na krytykę w komentarzach…!


Nach dir kommt nichts – Ich hasse dich

Tom… Tom… Tom…
Słyszę kroki. Mnóstwo nóg. Mnóstwo kroków. Słyszę je, ale nie słyszę siebie.  Ani ciebie.
Może dlatego, że ciebie nie ma.
Otwieram oczy. Przeczucie okazało się trafne. Nie ma cię. Jestem sam.
Białe pomieszczenie. Za miękkie łóżko. Pulsujący ból głowy i te wkurwiające kroki.
Tom… Tom… Tom…
Drzwi się uchyliły. Zajrzał jakiś chłopak. Miał krótkie blond włosy i zmartwioną minę. Zaraz za nim pojawił się wysoki, długowłosy szatyn. Ale ciebie nie było.
Weszli do środka i zamknęli za sobą drzwi. Mieli za razem cięte, jak i zatroskane miny. Patrzyli na mnie tak, jakby chcieli coś ukryć.
Obserwowałem ich zadając sobie pytanie, kim są, że tak po prostu weszli i usiedli po obu stronach mojego łóżka. Taaa… zdążyłem się już raczej zorientować, że jestem w szpitalu – miałem podłączona do ręki kroplówkę, a przy mojej głowie pikała jakaś aparatura, wydając się jeszcze bardziej irytująca niż kroki.
Tom… Tom… Tom…
Mierzyliśmy się wzrokiem. Kim oni, kurwa, byli?! Nie odzywali się, a ja mnie miałem najmniejszego zamiaru mówić nic pierwszy. To oni do mnie przyszli?
- Jak się czujesz, Bill?- zapytał krótkowłosy.
Bill? Ja mam na imię Bill…?
Tom… Tom… Tom…
Pieprzone szepty w mojej głowie. Starałem się je ignorować, ale ile można!!!
- Kim jest Tom?- zapytałem. Może oni będą wiedzieć.
Spojrzeli na siebie zmieszani, zasmuceni i zdezorientowani.
- Nie wiesz?- dalej mówił blondyn. Wyglądał na tego łagodniejszego.
Pokręciłem głową na „nie”.
- A nas pamiętasz?- zadał kolejne pytanie.
Powtórzyłem ruch głową.
Blondyn ukrył twarz w dłoniach i cicho zapłakał.
- To nasza wina…- spojrzał z wyrzutem na szatyna i rozpłakał się na dobre.
Długowłosy położył mu rękę na ramieniu i ścisnął lekko, uspokajając. Przeniósł wzrok na mnie.
- Jestem Gerorge, a to Gustav.- odezwał się po raz pierwszy.- Ale mówiłeś na nas raczej Geo i Gus, albo G&G…- dodał.
Czas przeszły… „Mówiłem”? Ale kiedy? Przecież ja ich nie znam.
- Wiesz, co się stało?- zapytał.- Wiesz kim jesteś?
- Nie.- odpowiedziałem z prawdziwą pustką w głowie
Tom… Tom… Tom…
Kolejna dawka szeptów w zakamarkach mojego mózgu. To był mój głos.
- Byłeś wokalistą jednego z najpopularniejszych zespołów świata – Tokio Hotel.- wytłumaczył. Oczywiście, nie uszło mojej uwadze ponowne zastosowanie czasu przeszłego.
- Już nie jestem?- zapytałem zdziwiony.
Wierzyłem mu. Nie miał powodu by kłamać. Wokalista zespołu? Całkiem możliwe. Lubiłem śpiewać. Zawsze śpiewałem gdy…
Tom… Tom… Tom…
… grał.
A więc Tom to osoba? Kim jest Tom?
- Zespół już nie istnieje.- wyjaśnił Goerge ze smutkiem.
- Dlaczego?- wpatrywałem się w niego uważnie.
- Nie mógł funkcjonować bez dwóch członków.- odrzekł.- Była nas czwórka.- wyciągnął zdjęcie z kieszeni i mi wręczył.
Czwórka chłopaków. Oni, ja i jakiś w ciemnych warkoczykach.
- Dlaczego „była”?- nie odpowiedział.- To jest Tom?- wskazałem na tego podobnego do mnie chłopaka, stojącego obok mnie.
- To BYŁ Tom.- odpowiedział drżącym głosem, a jedna, pojedyncza łza spłynęła mu po policzku.
- Dlaczego „był”?- ponownie nie odpowiedział.
Tom… Tom… Tom… mój braciszku… braciszku… braciszku…
- Kim był Tom?- zadałem inne pytanie.
- Gitarzystą w naszym zespole. I… i twoim bratem bliźniakiem…- spuścił wzrok.
Mój brat? Bliźniak? Miałem brata bliźniaka?! To by tłumaczyło szepty?
- Wygląda na to, że straciłeś pamięć, Bill…- westchnął rozemocjonowany Geo. Gustav milczał jak zaklęty, wypłakując łzy we własne dłonie.- Porozmawiamy innym razem, musisz odpoczywać.
Chciał wstać, ale powstrzymałem go.
- Gdzie on jest? Chcę się z nim spotkać.- zażądałem.- Jak ja się tu znalazłem?- pytałem bez przerwy.
Szatyn westchnął i powrócił na miejsce. Gustav patrzył na mnie ze współczuciem.
- Spadliście razem z piątego piętra.- zaczął wyjaśniać całą sytuację.- W ostatnim momencie przyciągnął ciebie do siebie i w ten sposób wylądowałeś na nim, a nie na ziemi. Skończyło się złamaniem prawej nogi, dwóch żeber, wstrząsem mózgu i utratą pamięci.- wyrecytował diagnozę lekarską.- Tom…- zawahał się, a na jego policzku pojawiła się kolejna łza.- Tom nie przeżył tego upadku…- wyszeptał i spuścił wzrok.
Patrzyłem na niego tępo, nie mogąc zrozumieć, dlaczego mój brat nie żyje.
- Jak?- wyszeptałem cichutko.
- Byłeś pijany, Bill i chciałeś  przejść z balkonu na balkon. Nie wiem, jak mogliśmy na to pozwolić… Też byliśmy pijani…- pokręcił głową z niedowierzaniem.- Zaczepiłeś nogą o barierkę. Poleciałeś, łapiąc się za podłogę balkonu. Tom chciał cię wciągnąć do góry, ale…- zrobił pauzę, aby przełknąć łzy.- Ale również się potknął i wypadł za balkon, łapiąc ciebie za rękę, jak ostatnią deskę ratunku. Nie miałeś szans utrzymać was obojga, więc oboje spadliście na dół…
Poczułem ukłucie w sercu. Silniejsze od tego bólu w głowie, żebrach i nodze. Silniejsze od czegokolwiek na ziemi.
- Jak blisko byliśmy?- zapytałem.
Gustav spojrzał na mnie zdziwiony.
- Kochałem go?
- Jak nikogo innego.- odpowiedział mi zapłakany blondyn.- Był twoim bliźniakiem. Starszym o 10 minut. Zawsze się tym wszystkim chwalił.- uśmiechnął się lekko.- Łączyła was naprawdę specjalna więź.- spojrzał sugerująco na szatyna.
- Czyli go kochałem.- stwierdziłem, a głęboko w sobie poczułem to uczucie miłości. I czegoś jeszcze, czego przez pierwsze sekundy nie umiałem zinterpretować.- Kochałem się z nim?
To pytanie sprawił, że spojrzeli na mnie z przerażeniem i rezygnacją.
- Co noc…- mruknął Geo.- Byliście dla siebie stworzeni…
Zapatrzyłem się w okno.
- Gdzie jesteśmy?
- W Berlinie. Odział intensywniej terapii. Piętro piąte. Sala…- zamilkł.
- 483…- dokończyłem za niego, a oni spojrzeli na moją osobę z zaskoczeniem.
Nie mam pojęcia, skąd znałem numer sali. Jednak byłem pewien, że ma taki numer.
- Jak nazwa naszej płyty…- wyszeptał cichutko Gus.
- Kiedy pogrzeb?- odłączyłem od siebie te wszystkie kabelki i wstałem, chwiejąc się, z łóżka i podszedłem do uchylonego okna.
- Jutro.- odpowiedział krótko Gus, obserwują mnie.
Ciepła, a jednocześnie gorzka i nieprzyjemna substancja rozpływała się po moim ciele. Miłość do osoby, która odeszła…
Po moich policzkach popłynęły przezroczyste łzy.

Krzyk.
Wrzask.
Miękkie ciało.
„Kocham cię”.
„Ja ciebie też”.
Gasnące czekoladowe oczy.

Otworzyłem na oścież okno i wszedłem na stojące obok krzesło.
Patrzyli na mnie, ale nie odezwali się ani słowem.
- Odszedł beze mnie…- załkałem.- Nienawidzę go…- wyszeptałem, patrząc prosto w oczy Geo.- Zostawił mnie, a po nim nie ma już nic…- wszedłem na parapet, ale żaden z nich nie zareagował. Patrzyli na mnie tępo i z rozżaleniem.- Kupcie jeszcze jedną trumnę…- uśmiechnąłem się do nich lekko.
I skoczyłem. Leciałem, patrząc na zieloną trawę przede mną.
Cichy trzask.
I leciałem dalej. Piękna łąka. Ciepło. Promienie słońca.
Wylądowałem w czyichś silnych ramionach.
Podniosłem głowę i spojrzałem w czekoladowe tęczówki.
- Zostawiłeś mnie.- powiedziałem z wyrzutem, automatycznie wiedząc, że osoba, które mnie trzyma to Tom.
- Ale mnie odnalazłeś.- uśmiechnął się i czule pocałował w usta, co bardzo mi się spodobało.
- Kocham cie, Tom…- wyszeptałem.
- Ja ciebie też, Bill.- odpowiedział.- Zostawiłem cię przy życiu, bo wiedziałem, ze masz wystarczająco dużo odwagi by mnie odnaleźć…
Postawił mnie na ziemi i ujął moją dłoń.
- Zobaczymy nasz pogrzeb?- zapytałem z nadzieją w oczach.
- Usiądziemy w pierwszym rzędzie…- obiecał i wpił się w moje wargi.

niedziela, 21 kwietnia 2013

14. Die Unendlichkeit ist jetzt nicht mehr weit.


Uprzedzam tylko, że zbliżamy się do finału I tomu i to będzie koniec kolorku różowego. „Zimmer 483”, czyli II tom będzie zdecydowanie bardziej czarny.

Zapraszam do czytania rozdziału i proszę o komentarze J


14. Die Unendlichkeit ist jetzt nicht mehr weit.

Bill

Obudziło mnie szturchnięcie.
W sumie nie pamiętałem, kiedy zasnąłem, ale wydawało mi się, że coś około szóstej. Nie mogłem spać. Pierwsze godziny płakałem, a gdy już skończyły mi się łzy okropnie rozbolał mnie brzuch. To mnie niszczyło. Tom mnie niszczył.
Spojrzałem na niego osłupiały. W lustrze zauważyłem, że jestem blady jak kreda.
Stał na moim łóżkiem z niewyraźna miną.
Przyjrzał mi się uważniej.
- Dobrze się czujesz?- zapytał nagle.
Pokręciłem głową na „nie”, ale zwlekłem się z łóżka i poszedłem do łazienki, aby przygotować się na kolejny dzień w szkole, który…
… który przebiegł koszmarniej niż zwykle. Wszyscy wokół mnie zdawali się cieszyć. I mieć jakiś powód by być zadowolonymi. Na paru lekcjach siedziałem sam, mimo to Tom nie usiadł ze mną, tylko również wybierał puste ławki. Każdą przerwę spędzał z Melanią. Całowali się na oczach wszystkich, wcale się nie kryli. Dziewczyny im gratulowały, a mnie szlak trafiał. Do tego, jakbym jeszcze mało cierpiał, ciągle bolał mnie brzuch. Prawdopodobnie zatrułem się czymś z restauracji, ale nie wymiotowałem. Z nikim nie rozmawiałem i ignorowałem każdego, kto próbował do mnie zagadać. Stałem się Billem z podstawówki, który jest obcy wśród  tłumów. Po czwartej lekcji stwierdziłem, że dłużej nie zniosę tej „miłości od pierwszego wejrzenia”, jak to Melania rozpowiadała i popędziłem do pokoju radiowęzła. Luc siedział za konsolą i puszczał muzykę, a ja siedziałem na kanapie i nic nie robiłem. Po prostu milczałem. Zakazałem mu się do siebie odzywać, ale zapewniłem, że mam taki dzień, a to nie dlatego, że mnie pocałował. Ostatni dzwonek był dla mnie wybawieniem. I już myślałem, że wreszcie odpocznę, gdy tu nagle, całkiem niespodziewanie zastaję w samochodzie najsłodszą parę pod słońcem. Zamknąłem drzwi, policzyłem od 10 w dół, jak to zawsze robi George, a co na mnie za cholerę nie działa i jeszcze bardziej wkurzony usiadłem z przodu.
Gówno mnie obchodził Gordon i parka z tyłu.
Rozpłakałem się. Najzwyczajniej w świecie się rozpłakałem.
Nikt nic nie powiedział, a łzy spływały mi w ciszy po policzkach.
Gdy w końcu mój ojczym zauważył, że coś nie tak, zbyłem go krótkim „boli mnie brzuch”, co teoretycznie było prawdą, jednak to bolące serce było powodem mojego płaczu.
W domu zamknąłem się w pokoju i wyszedłem tylko na próbę, na której również nie wytrzymałem emocji, jednak tam mogłem się wytłumaczyć piosenką, a później znów poszedłem do siebie.
Nie zjadłem ani obiadu, ani kolacji. Położyłem się spać z myślą, że przynajmniej następnego dnia nie idę do szkoły. Wybłagałem u Gordona zwolnienie. W końcu musiałem się psychicznie nastawić na casting.
I wreszcie nadeszła godzina X. Spakowaliśmy sprzęt do samochodu. Usiadłem z przodu pomimo protestów Georga i odjechaliśmy w stronę klubu „Nachts&Morgens”.
Najlepszy był fakt, że o nazwie zespołu nikt wcześniej nie pomyślał, więc twórczą zabawę rozpoczęliśmy w samochodzie, dwadzieścia minut przed castingiem.
- Nie, nie zgadzam się.- uparłem się, jak zawsze.
- Bill, zostałeś przegłosowany.- powtórzył dziesiąty raz Gustav.
- Nazwijcie się tak, a moja noga na scenie nie postanie.- zagroziłem im.
Kolejne odliczania w dół przez chłopaków, a ja myślałem na nazwą. To musiała być moja nazwa. To ja zaproponowałem założenie zespołu, ja pisałem, ja śpiewałem. Beze mnie nic by nie było.
Milczeli i czekali na moją propozycję.
- Tokio Hotel.- powiedziałem nagle.
- Ale co to ma do rzeczy?- zapytał Gus.
- Przecież to zbitek przypadkowych słów!- zauważył George.- Co to ma w ogóle znaczyć?
- Nic.- odpowiedziałem.- To nic nie znaczy, dlatego ludzie nigdy tego nie zrozumieją. Tak jak mnie nikt nigdy nie zrozumie, tak oni do końca życia będą się zastanawiać, skąd wzięła się ta nazwa. A my powiemy, że to nasza słodka tajemnica. Takie tajemnice najlepiej się sprzedają.- wytłumaczyłem.
- Ma chłopak łeb.- potwierdził trafność mojego wyboru uśmiechnięty Gordon.
Zgodzili się. Kompletnie ich zamurowałem. I przyznali mi rację. Ale Tom się słowem nie odezwał, jakby wcale nie należał do zespołu.
Przyjechaliśmy na miejsce i razem z Gustavem zgłosiliśmy naszą grupę.
Trwał już szósty występ, ale mieliśmy trochę czasu, żeby się wypakować.
Tuż przed wejściem na scenę, Gus sprawdził sobie perkusję, Geo i Tom swoje gitary, a ja mikrofon.
Gordon usiadł jak najbliżej sceny i wysyłał uspakajające uśmiechy, a ja myślałem, że się nie ruszę przez tą tremę. Ogarnął mnie całkowity paraliż. Wypróbowałem swój najwyższy dźwięk. Przedostatni zespół zaczynał grać swoją ostatnią piosenkę. Teraz, albo nigdy.
Podszedłem do Toma, który nawet tam starał się mnie unikać.
- Tom.- zacząłem.
- Bill, chyba muszę jeszcze raz…- znów chciał się wywinąć, ale zatrzymałem go najmocniejszym chwytem dłoni, na jaki potrafiłem się zdobyć.
Spojrzał na mnie pytająco.
- Możesz mnie nienawidzić, Tom, chociaż nie mam pojęcia za co, do cholery, ale po prostu mnie przytul.- powiedziałem, patrząc mu w oczy.
Przytulił mnie bez słowa, a potem uciekł w stronę swojej gitary. Niezależnie od tego, czego się spodziewałem, celu nie osiągnąłem.
Łzy w oczach? W porządku. Zaraz i tak bym się popłakał przy naszych piosenkach.
Weszliśmy na scenę, a ja po raz pierwszy w życiu doceniłem posiadanie lustra weneckiego w studiu. Teraz lampiło się na nas ponad 100 par oczu, bo wstęp na casting był wolny dla widowni.
Raz jeszcze sprawdziłem mikrofon. Wszystko w porządku.
Paraliż niespodziewanie minął. Zastąpiła go chęć pokazania tym wszystkim zespołom, że nie mają z nami szans.
Odwróciłem się w stronę Gustava.
- No to jazda!- szepnąłem.
A Gustav zaczął. Pierwsze uderzenia. Pierwsze dźwięki. I ja. Byłem na fali. Mój własny świat, którego nikt mi nie odbierze. Pokonywałem trudności rzeczywistości.
Durch den Monsun.
Nie robiliśmy przerwy. Od razu zagraliśmy Der letzte Tag. Ludzie szaleli przy tym numerze. Ale prawdziwe bestie narodziły się w nich dopiero, gdy zaczęliśmy Ich bin nich ich.
Zeszliśmy ze sceny w burzy oklasków. Chłopacy z bananami na twarzach. A ja z rozmytym makijażem i łzami w oczach. Idealnie…
Podeszliśmy do ściany. Czekaliśmy, aż jury się naradzi.
Wtedy podszedł do nas jakiś facet. Taki w średnim wieku.
- Hej, chłopaki.- zaczął, a ja zmierzyłem go uważnie wzrokiem.- Nazywam się David Jost. Jestem producentem muzycznym i łowcą talentów. Wpadliście mi w oko. Jesteście świetnym materiałem na gwiazdy.
Moje serce zabiło szybciej.
Wtedy podszedł Gordon.
- Jakiś problem?- zapytał mężczyznę.
- Jak zauważyłem, jest pan opiekunem chłopców, czyż nie?- powiedział Jost.
- Owszem.- mój ojczym był uważny.
- Jestem David Jost. Producent muzyczny i łowca talentów. Chłopcy są świetnym materiałem na supergwiazdy.- powtórzył wszystko.
- I?- Gordon był opanowany, ale w jego oczach zauważyłem iskierki, gdy napotkał mój wzrok.
- To moja wizytówka i adres naszej siedziby. Mamy odział w Hamburgu. Jeżeli będziecie zainteresowani podpisaniem kontraktu z naszą wytwórnią, zapraszam jutro na rozmowę na godzinę 12.- podał kartonik z informacjami i zniknął w tłumie.
Nasze miny były niezidentyfikowane.
Przez chwilę nikt z nas się nie odzywał. Prawdopodobnie żaden z nas nie wierzył w coś takiego. Że producent? Że my…? Gwiazdy…?
Gordon uśmiechnął się szeroko.
- Chłopaki, czytałem o tym gościu.- zaczął Gordon.- Zachowajcie zimną krew, ale o naprawdę rzadko zwraca na kogokolwiek uwagę. Naprawdę gratuluję. Wspinacie się po szczeblach sławy i…
Ojczymowi przerwał głos jurorki, która wyszła na scenę.
- Achtung! Achtung! Ogłaszam wyniki konkursu.- uśmiechała się zadowolona.- Wygrało Tokio Hotel.- spojrzała na nas.
Oddychałem płytko, nie do końca rozumiejąc, że chodzi o nas. Dwie takie informacje w ciągu dwóch minut to zdecydowanie za dużo.
Poczułem jak tracę grunt pod nogami. Mroczki przed oczami. Nogi z waty. I silne ramiona…
… Toma, które ratują mnie przed upadkiem.
Spojrzał na mnie zmartwionym wzrokiem.
Otrząsnąłem się i doprowadziłem do ładu.
- Zechcecie jeszcze coś dla nas zaśpiewać?- zapytała to kobieta.
Ogarnąłem chłopaków wzrokiem.
- Leb die Sekunde?- uniosłem prowokująco brew.
George pokręcił z niedowierzaniem głową, a Gustav parsknął śmiechem.
Weszliśmy na scenę i roznieśliśmy klub. Zaczynałem się zastanawiać, jakby to było zagrać koncert przed ogromną publiką.
Wracaliśmy do domu, jednak najpierw zahaczyliśmy o domy Gusa i Georga.
Po kolacji porozmawiałem z ojczymem i mamą o propozycji Josta. Postanowiliśmy, że warto spróbować, więc wysłałem smsy do G&G. Do Toma poszedłem osobiście, choć rozmów z nim bałem się co raz bardziej.
Zapukałem i wszedłem do środka, gdy usłyszałem przyzwolenie.
Leżał wyciągnięty na kanapie i miał zamknięte oczy.
Przystanąłem obok łóżka, nie ważąc się nawet pomyśleć o siadaniu.
- Co chcesz?- zapytał, chociaż cały czas miał zamknięte oczy.
Wzdrygnąłem się na jego obojętną barwę głosu.
- Mama i Gordon zgodzili się na tą rozmowę z Jostem.

Tom

Stał nade mną. Wiedziałem to pomimo zamkniętych oczu. Nikt nie pachniał tak pociągająco jak on.
- Co chcesz?- zapytałem kontrolując głos, aby nie zadrżał.
- Mama i Gordon zgodzili się na tą rozmowę z Jostem.- odpowiedział.- Chciałem tylko zapytać, czy ty się zgadzasz.- powiedział niepewnie.
Otworzyłem oczy i spojrzałem na jego zbolałą twarz. I trochę nawet przestraszoną. Bał się mnie? Przesadziłem?
- Dlaczego miałbym się nie zgodzić?- uniosłem brew.
Spuścił wzrok.
- Bo to… bo…- rozpłakał się.- Bo jeżeli chcieliby jednak podpisać z nami jakiś kontrakt to… - wychlipał.- To musiałbyś więcej czasu spędzać w moim towarzystwie, którego…- pociągnął nosem.- Którego unikasz jak ognia…- dokończył, ale nie uniósł twarzy.
Podniosłem się do siadu.
Boże… Co ja najlepszego wyprawiałem…? Trzeba było mu powiedzieć, przynajmniej wiedziałby, dlaczego nie możemy się widywać. Jakie to głupie, że nie chcąc go stracić sam go od siebie odsuwam…
Ale dalej nie potrafiłem postąpić inaczej.
Spojrzał na mnie w końcu z takim bólem w oczach i na twarzy, że jak długo żyję, to nie widziałem, by ktoś tak cierpiał. Myśl, że to przeze mnie, sprawiała, że chciałem wiać skąd mnie przyniosło.
- Dam sobie radę.- odpowiedziałem.
Największe głupstwo, jakie mogłem powiedzieć.
Rozpłakał się jeszcze bardziej i wybiegł z pokoju.
- Tom, ty idioto kwadratowy…- walnąłem się w makówkę.
Zadzwoniłem po Melanię. Zaprosiłem na maraton filmowy.
Gdy już przyszła, widziałem, że liczyła na coś więcej niż całowanie, ale ja… ja po prostu nie mogłem jej tknąć.

Bill

Gdy już leżałem w łóżku i powoli dochodziłem do siebie po kolejnym ataku czarnej rozpaczy usłyszałem głos Melanii na korytarzu. I spokój diabli wzięli.
Płakałem przynajmniej przez kolejne dwie godziny, nie zauważając, kiedy zasnąłem.

Następny dzień okazał się nieco lepszy.
Na wszelki wypadek zabraliśmy sprzęt chłopaków, oprócz perkusji, oczywiście, i zbierając członków naszego zespołu po drodze udaliśmy się w stronę oddziału wytwórni w naszym mieście.
Spotkaliśmy się z tym samym facetem, który nas zaprosił. Usadził nas na kanapie i zaproponował coś do picia. Nie wzgardziliśmy szklanką wody. A on od razu przeszedł do rzeczy.
Porozmawialiśmy trochę o historii naszego zespołu i o tym, jak piszę piosenki i jak później to rozpisujemy na instrumenty. Zaprosił nas do studia i poprosił o przedstawienie repertuaru przed innymi facetami.
Zagraliśmy wszystko, na co rozpisaliśmy elektryka, czyli 5 piosenek, a resztę wytłumaczyliśmy późnym przybycie Toma do zespołu. Właściwie to graliśmy razem… niecały tydzień.
Nagrali nas i odsłuchali. Powiedzieli, że nie ma najmniejszej rzeczy, do której mogliby się przyczepić.
Ostatecznie skończyliśmy na tym, że każdy musi przyjść ze swoim opiekunem, aby podpisać umowę. Tu zrodził się problem Toma, ale postanowiono, że mama wystarczy i, że sami skontaktują się z ojcem.
Nasi wszyscy rodzice pojawili się w wytwórni po pół godzinie. Umowy podpisane i teraz to my musieliśmy się podpisać. Kontrakt na jedną płytę z możliwością przedłużenia i dalszej współpracy. Powiedzieli, że mamy dwa miesiące, aby stworzyć wszystkie piosenki na pierwszy krążek. Miało być ich dwanaście. Czekała nas ciężka praca.
Wyszliśmy z budynku z szerokimi uśmiechami na twarzach, a ja dodatkowo z kontraktem w ręce.
Nieskończoność nie wydawała się już taka odległa. Teraz mieliśmy szansę zapisać się w kartach sławy. Pozostać zapamiętanymi na zawsze. Exegi monumentum… Lekcje niemieckiego jednak się na coś przydają…
Ten dzień był idealny.
Jednak kolejny to dalsze zagłębianie się w szkolnej rzeczywistości.
Wychowawczyni zabrała nas na rozmowę, gdzie spotkaliśmy wychowawcę G&G, ich samych i dyrektorkę. Rozmowa była raczej wywiadem, gdzie zadawali pytania, a my odpowiadaliśmy, jak to od początku było.
Tym samym ominęła mnie lekcja, na której siedziałem z Tomem, a potem…
… potem było tak samo. Całe dwa tygodnie. Próby, chichy i śmiechy w szkole, jak to się wszyscy chwalili, że nas znają… a w domu… chichy i śmiechy za ścianą. W nocy, w dzień. Melania i Tom dogadywali się w najlepsze. Tymczasem ja straciłem ich oboje.